Drużyna odpoczywała po ostatniej epickiej przygodzie, która kosztowała ich zdrowie, ekwipunek i brak zapłaty. W wyniku przegranej potyczki w kamień-nożyce-papier-wysoki elf-smok, Dea ruszyła na miasto, aby uzupełnić zapasy.
Po kilku godzinach została jej ostatnia pozycja na liście: półpłytowa krasnoludzka zbroja bitewna dla Gordera. Czarodziejka wparowała do pierwszego lepszego sklepu z uzbrojeniem. Niestety, był to elfi krawiec... Dziewczyna wiedziała, że gdyby pokazała krasnoludowi liściastą zbroję borowych elfów, to mogłaby już żeganć się z życiem.
- Dlaczego w mieście nigdy nie ma tylko jednego kowala! - burknęła wychodząc ze sklepu. - Świat byłby znacznie prostrzy!
Po odwiedzeniu sklepu z ludzkimi zbrojami paladyńskimi, orczego emporium i sklepu akwarystycznego, w końcu znalazła krasnoludzką faktorię handlową.
- W czym mogę pomóc? - zapytał się grzecznie gnom sprzedawca.
- Krasnoludzka... półpłytowa... bojowa... ile? - powiedziała wymęczona czarodziejka.
- 230 koron lambudyjskich, już niosę, jest na zapleczu - stwierdził gnom i natychmiast ruszył do pomieszczenia na tyłach sklepu.
Dea otarła pot z czoła, rzuciła na ziemię worek z zapasami i rozejrzała się. Sklep wypełniony był stojakami ze zbrojami. Jedna z nich, pełna, złota, płytowa miała namalowanego srebrnego jednorożca. Spojrzała na metkę. 99 koron! Jej mózg nagle wykonał kilkadziesiąt obliczeń, w tym obliczenie związane z kusą błękitną sukienką z wystawy, dwa sklepy temu. Na jej twarzy zarysował się złowieszczy uśmiech.
- Ma pani szczęście, to ostatnia na stanie - gnom wrócił z zaplecza sklepu.
- Chcę tę! - krzyknęła czarodziejka. - Pakuj!
- Ta? - gnom spojrzał na złotą zbroję. - "Zdobywca skarbów", dzieło mistrza Braguera.
- Tak, ta! - powtórzyła Dea. Miała nadzieję, że zdąrzy kupić sukienkę, zanim ktoś ją jej sprzątnie z przed nosa. I jeszcze buty. I naszyjnik!
- Muszę pani powiedzieć, coś o tej zbroi. Otóż...
- Nieważne! Pakuj! Już! - Dia wysypała zawartość sakiewki na blat.
Gnom próbował jeszcze kilka razy się odezwać, ale czarodziejka przerywała mu, popędzając go, aby spakował natychmiast zbroję do drwnianej skrzynki na kółkach. Wybiegając ze sklepu, Dea omal nie przewróciała starego i łysego krasnoluda.
- Co to było! - zapytał właściciel sklepu swojego podwładnego gnoma.
- Panienka kupiła "Zdobywcę skarbów".
- Co! Powidziałeś jej, że jest przeklęta?
- Próbowałem, ale wciąż mi przerywała! Była jak żywiołak w rui!
Drużyna rozsiadła się wygodnie na ławach przy palenisku w karczmie. Gorder oglądał swoją nową zbroję.
- No nie wiem, jest jakaś taka krzykliwa - stwierdził krasnolud. - Nie za bardzo w moim typie.
- Złoto jest teraz trendy! - stwierdził Eldiriad, a Dea przytaknęła.
- Wydaje mi się, że to raczej zbroja dla ruchomego celu, jak w tej legendzie o rycerzu i smoku - przypomniał mit Gorder.
- Ten, w którym smok, był tak rozdrażniony złotym kolorem, że spalił rycerza? - drążył temat elf.
- Nie! Ten, w którym rycerza ratuje magiczny jednorożec ukryty w jego zbroi! - dodał sarkastycznie Gorder.
- Miałam, kiedyś wykład z jednorożców - włączyła się do tematu czarodziejka. - Ponoć odczuwają seksualną rozkosz, gdy łapie się je za róg. Acha! Kupiłam sobie nową sukienkę. Chcecie zobaczyć?
Gorder spojrzał na nią z wyrazem twarzy pod tytułem: "Jesteśmy mężczyznami! Jadamy korę na obiad i zagryzamy błotem!".
- Super! - odezwał się elf. - Pokaż!
Gorder pałnął sobie dłonią w twarz. Westchnął i palnął elfa w twarz. Uśmiechnął się. Nic tak nie poprawia humoru krasnoludowi, jak przemoc wobec elfa...
Drużyna trafiła na swojego zaprzysięgłego wroga, hrabiego Barasa de Blarte. Sprawy przybrały zły bieg dla naszych bohaterów. Byli otoczeni przez żołnierzy hrabii, a ten celował do nich z balisty. Co gorsza, Gorder aż palił się do wypróbowania swojej nowej złotej zbroi.
- Yaya! - zaśmiał się hrabia. - Wdaje mi się herr Roland, że ty i twoi przyjaciele zakończycie tutaj swój żywot!.
-Mówiłeś to pod kruczym zamkiem i na moście Greywind i na kropijskich równinach - odpowiedział Roland.
- Ale wtedy, nie byliście otoczeni przez moich ludzi, na muszce mojej maszyny oblężniczej! - stwierdził hrabia.
- Słuszna uwaga. Czas techniczny! - Roland złożył ręce w kształcie litery "T". Hrabia stanął jak wmurowany. Roland zwrócił się do towarzyszy - Macie akieś pomysły?
- Wezwijmy sokolego króla! - powiedział Eldiriad. - Mamy jeszcze różdżkę!
- Sokoli król? - zapytała zdezorientowana Dea. - Od kiedy znacie sokolego króla.
- Długa historia, obejmująca gnole i pół beczki krasnoludzkiego bimbru - wyjaśnił Roland. - Odpada, wiszę mu dwie bańki, a Gorder pobił jego syna. Jeszcze by przyłączył się do hrabiego.
- 44, 45, 46! - skończył liczenie żołnierzy Gorder. - Po jedenastu na baby, a dla mnie i Rolanda po 12tu żołnierzy. Damy radę się przedrzeć.
- Nie jestem babą! - krzyknął Eldiriad.
- Jesteś siusiumajtkiem, to wystarczy - stwierdził Gorder.
- Stop! - krzyknął zdenerwowany Roland. - Mam tego dość! Zawsze jak jesteśmy w podbramkowej sytuacji, to skaczecie sobie do gardeł. Nie będę was tym razem powstrzymywał. Proszę bardzo! Zarżnijcie się!
Roland usiadł na ziemi, ze skrzyżowanymi rękoma. Hrabia podrapał się po głowie. Elf z krasnoludem tarzali się po ziemi, człowiek siedział obok, a dziewczyna... Gdzie do diaska podziała się dziewczyna!
- Co robi ten guzik? - Dea zapytała się hrabiego, naciskając przycisk, katapultujący sterującego z jego własnej katapulty. - Ups! Przepraszam.
- Nie szkodzi frojlajne! - hrabia odleciał ku gwiazdom.
Żołnierze popatrzyli po sobie.
- Chyba powinniśmy po niego póść - stwierdził jeden z nich. - Do następnego razu chłopaki!
Kompania hrabiego ruszyła, zostawiając drużynę samą. Roland, Gorder i Eldiriad próbowali właśnie okiełznać umysłami egzotyczność zdarzenia, którego byli świadkami.
- Następnym razem nie zamontuje czegoś takiego w swojej machinie - stwierdził Gorder. - Oj! muszę na stronę!
Reszta drużyny rozsiadła się w miejscu, gdzie byli uprzednio otoczeni. Eldiriad wyjął sztylet i przyłożył do guza na czole.
- Musiałaś kupić mu do tej zbroi rękawice - powiedział z żalem.
- Były w zestawie! - stwierdziła się Dea. - W końcu to pełna zbroja płytowa, "Zdobywca skarbów".
- Co? - Roland podniósł głowę znad sakwy, w której szykał jedzenia. - Jaką zbroję nosi Gorder?
- "Zdobywca skarbów" - czarodziejka ziewnęła. Zbliżała się noc. - Coś o niej słyszałeś?
- Nic szczególnego - odpowiedział sarkastycznie Roland. - Poza tym, że jest przeklęta!
- Niemożliwe! - broniła się czarodziejka. - Jestem czarodziejką! Wykryłabym magiczną aurę zbroi!
- Jesteś STUDENTKĄ czarodziejstwa, na podrzędnej uczelni - poprawił ją Roland. - Ostatnio, gdy rzucałaś ognistą kulę, zamieniłaś nas w stado wiewiórek.
- Mmm, orzechy! - rozmarzył się Eldiriad.
- Ale czemu jest przeklęta? - zapytała się Dea. - Co ona robi noszącemu?
- Nie wiem, słyszałem tylko, że jest przeklęta - Roland podrapał się po brodzie.
- Może powoduje tylko wysypkę, albo biegunkę, albo...
- Na mać krasnoludzkiej kurtyzany! - Gorder wrócił. - Nie mogę zdjąć zbroi, jakby przyrosła do skóry.
Dea próbowała wycofać się po angielsku, ale Roland złapał ją za łokieć.
- O nie! - zaśmiał się. - Jeśli myślisz, że zostawisz nas samych ze wściekłym krasnoludem...
Drużyna szukała sklepu, w którym Dea zakupiła magiczną zbroję dla Gordera. Ten był w niezwykle złym humorze.
- Tak sobie teraz myślę... - zagadnął go Roland.
- Uważaj, myślenie boli - wycedził przez zęby krasnolud.
- Nosiłeś tę zbroję, przez dwa dni, zanim połapaliśmy się, że jest przeklęta i nie da się jej zdjąć...
- No i?
- To jak sikałeś?
- Jak wszyscy, przez gacie.
Wszyscy poza Gorderem stanęli i popatrzyli na niego.
- Czekaj, czekaj! - Roland położył rękę na czole i spojrzał się w ziemię. - Na stronę chodzisz tylko za numerem dwa?
- Tak jak wszyscy! - bronił się Gorder. - Nie gadajcie, że sikacie po zdjęciu spodni! Jak elfy!
- Mniejsza z tym! - wrzasnął Eldiriad. - Nazywasz mnie od dziewięciu lat siusiumajtkiem, a sam szczasz po majtach.
- Jest różnica - odpowiedział krasnolud.
- Jaka?! - drążył elf.
- Ja nie popuszczam gdy się boję!
- Przepraszam! - Dea podniosła rękę. - Moglibyście skończyć, zanim postanowię się zabić, bo usłyszałam za dużo. Tak dla informacji wielmożnych bohaterów, dotarliśmy do sklepu.
- Wreszcie, bo wstrzymuję już piąty dzień! - powiedział krasnolud wchodząc do środka.
- Nigdy nie bierz nic z wyprzedaży - powiedziała do siebie czarodziejka.
W środku drużyna zastała starego krasnoluda i gnoma. Obaj jak zahipnotyzowani patrzyli na Gordera w jego pełnej, złotej zbroi płytowej.
- Niesamowite! - stwierdził stary krasnolud. - Założyłeś synku "Zdobywcę skarbów".
- Mi tu nie synkuj, tylko mów zaraz jak to zdjąć! - Gorder pokazał swój topór.
-Są dwa sposoby - odpowiedział starzec. - Pierwszy: Najpierw musiscie popłynąć na wyspę czaszki, a potem zabić starożytnego białego smoka i oblać go jego krwią. Wtedy zbroja sama puści.
- Woda? Starożytny smok? - zaśmiał się Gorder. - Odpada. Jaki jest drugi?
- Musicie wezwać maga, a później na siłę zerwać ze skórą zbroję. Mag rzuci zaklęcia leczące, aby zastąpić oderwaną wraz z pancerzem skórę i aby uśmierzyć ból. Niestety, przy odrywaniu stracisz synku swoje "części" specjalne.
Gorderowi oczy niemal wyszły na zewnątrz oczodołów.
- To gdzie ta wyspa? - zapytał się krasnolud.
- Czyba nie myślisz nad tym poważnie? - zapytał się Roland. - Nie chcę znowu walczyć ze smokiem! Ledwo co uchodzę z życiem i później śmierdzę siarką!
- RUSZAMY NA WYSPĘ! - krzyknął Gorder.
Drużyna toczyła walkę na śmierć i życie ze starożytnym białym smokiem. Dea próbowała go zamrozić. Niestety zaklęcie zrykoszetowało i zmieniło Eldiriada w żółwia. Ten, próbował co sił w odnóżach uciec z pola rażenia. Roland leżał nieprzytomny na gałęzi drzewa. Na placu boju zostali tylko Gorder w swojej złotej zbroi i czarodziejka. Smok szykował się do kolejnego ataku.
- Masz jeszcze coś w zanadrzu ? - zapytał się krasnolud.
- Tylko przyzwanie bóstwa, ale potrzebuję do tego wizerunku jakiegoś bożka - jej wzrok padł na wizerunek jednorożca na jego zbroi. - Pozwolisz.
Gorder spojrzał wgórę. Smok był naprawdę duży.
- Dawaj, ale jeśli zamienisz mnie w żółwia! - pogroził.
Czarodziejka wykonała kilka gestów, zrobiła salto do tyłu, co wprowadziło krasnoluda w zakłopotanie. Następnie dotknęła wizerunku jednorożca na jego klatce piersiowej. Ten wyskoczył ze zbroi i zarżał.
- O k...a! - krzyknął jednorożec. - Gdzie do ch...a jestem!
- Przepraszam, ale czy mógłbyś nam pomóc? - zapytała się Dea, pokazując w górę na smoka.
- Starożytny białas? - stwierdził jednorożec. - Dobra, pozbędę się go, ale w zamian zrobisz mi dobrze w róg.
Dea stanęła jak wryta. Jednorożec był zboczony. Magi Ster'n miał rację. Przez chwilę zastanawiała się nad całą sytuacją. Biały smok zaryczał.
- Dobra, dobra! Umowa stoi! - krzyknęła.
Jednorożec wycelował rogiem w smoka. Cienki strumień tęczy wystrzelił i strącił smoka z nieba. Ten rozbił się jak głaz o ziemię. Jednorożec podszedł do Dei i Gordera.
- Robota zrobiona, a teraz machanko!
Dea wyciągnęła drżąco rękę.
- Co ty robisz! - oburzył się jednorożec. Dei przeszło przez myśl, że to jednak było nieporozumienie i jednorożec nie był zboczeńcem. - Nie ty brzydka babo, tylko ten krasnolud. Myśl, że kobieta by mnie dotykała, jest odrażająca!
Gorder popatrzył się na jednorożca, później na Deę, później na martwego smoka i znowu na Deę.
- Teraz zrobię coś, o czym nigdy nikomu nie opowiesz, bo jeśli to zrobisz to wszyscy przodkowie krasnali moimi świadkami, że zabiję ciebie do dziesiątego pokolenia wstecz!
Dea przytaknęła.
I tak Gorder zdjął "Zdobywcę skarbów", nie tracąc przy tym swoich własnych, a przy okazji nauczył się, aby nie krakać, bo można wykrakać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz