Ostatnie sto pięćdziesiąt lat, było pasmem porażek dla Prowincji. Zaraza spustoszyła miasta i wsie rzymskie. Wrogowie , którym sześć wieków wcześniej wyrwano ziemie należące do Rzymu postanowiły odzyskać to co należało do nich. Najpierw utrata Damalunu i stolicy, na rzecz powstań półelfów i Kalandów, którzy przypłynęli ze wschodu. Później zaś oderwanie się północnych Limes. Jedynie Tyberiana i Garrona pozostały w rękach Imperium Romanum.
Wiatr lubi jednak zmieniać kierunek. Bo oto w tym momencie pojawił się Marek Aefidiusz Scutus i odwrócił losy wojny. Bez niego Prowincja upadła by pod najazdem orków, które postanowiły wykończyć swych odwiecznych wrogów.
„Kroniki Antoniusza”, rozdział czwarty.
Słońce już niemal zachodziło, ale oni dalej walczyli. Cztery godziny w ciężkich zbrojach. W samym środku miesiąca juliańskiego. Pola, które otaczały Garronę zmieniły barwę ze złotych na czerwone. Żołnierze hordy i legionu wymieszali się. W samym środku tej bitwy był zaś generał, otoczony przez swoją świtę. Germańscy gwardziści, choć już tylko z nazwy, to jednak sprawiali wrażenie niepokonanych. Mimo że spieszeni i bez tarcz, wypełnili wraz ze swoim generałem lukę w linii legionu i odepchnęli wciąż napierającą falę orków. Sam legat znajdował się w pierwszym szeregu i z całych sił wykonywał kolejne pchnięcia i zamachy. W końcu poczuł na plecach szarpnięcie i został siłą wciągnięty na tyły, za legionistów, którzy zdążyli się już przegrupować.
Marek Aefidiusz nie miał nawet trzydziestu lat gdy został legatem. Było to dwa lata temu. Teraz zaś postawił na szalę wszystko, aby ocalić swoje rodzinne miasto. Z dziesięcioma tysiącami żołnierzy zaatakował czterokrotnie większe siły oblegające Garronę. Zrobił to w samym środku dnia gdy Orkowie byli najbardziej ospali i odpoczywali po całonocnych próbach zdobycia miasta.
Garrona odpierała ich siły niemal cztery miesiące. Miasto było symbolem – niezdobytą twierdzą na wzniesieniu, gdzie dwutysięczna załoga mogła bronić się przed atakiem nawet stu tysięcy wrogów, jak to miało miejsce podczas wojen z elfami. Każda bitwa, którą wróg wydawał Prowincji w tym miejscu oznaczała wywrócenie wojny do góry nogami. Prowincja zyskiwała inicjatywę, a wróg tracił morale.
Tym razem jednak nikt nie przeczuwał, że miasto ma choćby nadzieję na zwycięstwo. Marek pił wodę z bukłaka, który wręczył mu jeden z gwardzistów, gdy usłyszał krzyk pierwszych szeregów „Roma Victa!” obwieszczający zwycięstwo. Orczy atak się załamał. Horda opuszcała pole bitwy.
- Dominus! - usłyszał głos Rufia.
- Tak Rufio? - zapytał się spokojnie. - Zdaje mi się czy wygraliśmy?
- Tak! - Rufio zeskoczył z wierzchowca. Miał niemal dwa metry i czarne włosy. - Orkowie zwinęli banery i ruszyli na południe.
- Dorwij Trybuna Janiusza i powiedz mu, aby posłał pięć dekurii konnych, aby zachęcić ich do szybszej ucieczki.
Marek usiadł na kamieniu i zdjął ciężki hełm Legata. Cały był w czarnej orczej krwi. Na polach leżały trupy legionistów i orków. Jego żołnierze przechadzali się teraz między nimi, sprawdzając czy wrogowie są żywi (w tym przypadku ich dobijając), zaś ich towarzysze naprawdę martwi. Zrobiło się spokojnie. Lekki wietrzyk musnął jego policzek.
Powoli osunął się w swoje wspomnienia. Był tutaj. Ponad dziesięć lat temu. Widział ciemną noc, rozświetloną strzałami i zgliszcza domu. Otworzył oczy. Koło niego usiadł centurion Drakchus.
- Starzeje się – centurion zaczął jak zwykle. Na twarzy Legata pojawił się uśmiech. - Mówiłem, że to czyste szaleństwo stawać do walki, a jednak jesteśmy tu teraz, zwycięzcy. Marsie dopomuż! Jestem głupcem!
- Zwycięzcy? Na jak długo "stary" centurionie – odpowiedział Marek. - Jak wielu z nas zostało?
- Powiedziałbym, że co piąty legionista leży z głową w zbożu. Mars nie będzie zadowolony, że tegoroczne zbiory zmarnieją.
- To za dużo. Jak mamy walczyć, jeśli z każdą bitwą jest nas coraz mniej.
- Jak zwykle – odpowiedział centurion. - Przeklinając bogów, że zesłali nas do tej przeklętej krainy.
- Nie wierzę w starą ziemię – odpowiedział Legat. - To tylko legenda. Rzym to tylko legenda. Chyba ktoś nadjeżdża... Wstań centurionie, mamy gości.
Od strony Garrony nadciągał duży oddział zbrojnych, na którego czele jechał Legat Serwiliusz Harro. Jego żołnierze, w błękitnych barwach i zadbanych zbrojach szli równą zadbaną kolumną. Kontrastował on ze stojącymi naprzeciwko odzianymi w czerwień, brudnymi i pokrytymi krwią żołnierzami Aefidiusza.
Legat Harro miał na sobie bogato zdobioną zbroję ze sylverynu, a piór w jego hełmie było tyle, że chyba pozbawiono ich całe stado feniksów. Gdy tylko zatrzymał się, podbiegł niewolnik. Półgoblin schylił się, aby stworzyć stopień, po którym zszedł Legat. Stanął naprzeciwko zakrwawionego Marka. Przez sekundę jego twarz z zadowolonej zmieniła się w zdegustowaną i powróciła do poprzedniego stanu.
- Odnieśliśmy dziś wielkie zwycięstwo ku chwale Prowincji i Rzymu! - zaczął przemawiać. - Dwa legiony: błękitny i czerwony, ramię w ramię pokonały hordę barbarzyńców, grożącą naszym rodzinom i ziemi...
- My? - przerwał mu wściekły Marek. - Nie widzę krwi na twoim pancerzu Legacie. Orczą krew trudno zmyć z pancerza, a jednak stoicie tu czyści, po czterech miesiącach walk. Pytam więc kto za was walczył?
- Co? - Legat Harro był wyraźnie zdziwiony.
- Dlaczego, gdy my walczyliśmy, nie wyszliście i nie pomogliście w obronie waszego domu. Gdzie byliście?
- My robiliśmy to co do nas należało! - krzyknął Legat Harro.
- Prokonsul wie co zrobiliście! - odpowiedział Marek. - Dwa tygodnie temu przybył goniec z Akr Rudamen – Harro milczał. Marek kontynuował. - Wydaliście orkom Uradura, syna królewskiego, by zaniechały oblężenia. Przeszliście niemal na ich stronę! O'Grauk posłał gońców z głową Uradura do Akr Rudamen, aby pokazać krasnoludom, gdzie mogą wsadzić sobie sojusz z Prowincją!
- Robiliśmy co było słuszne! - Legat Harro, zrobił się cały czerwony. - Nie było was tutaj.
- Ile liczy sobie błękitny legion Legacie? - zapytał się Marek. Harro rozglądnął się. Niepostrzeżenie on i jego kolumna zostali okrążeni przez czerwonych legionistów. Ci zaś spokojnie formowali szyki.
- 12 tysięcy piechurów i tysiąc jazdy.
- Mój Legion przybył tutaj mając niewiele ponad dziesięć tysięcy żołnierzy i zwyciężyliśmy – odpowiedział Legat Aefidiusz. - Jesteś tchórzem Legacie, a dzięki twojemu tchórzostwu Prowincja straciła ostatniego sojusznika w Farhunie.
- Jestem Legatem! Tylko Forum może mnie odwołać!
Marek wyciągnął miecz.
- Wiem – zaczął. - Pozwolę ci umrzeć jak wojownik. W liście do Prokonsula i do Forum napiszę, że zginąłeś w boju.
- Nie możesz! Mój wuj jest prokonsulem! Nie możesz! Legioniści! - odwrócił się, a jego żołnierze stali w miejscu jak słupy.
- Nie pogarszaj swojej sytuacji Legacie. Wyciągnij miecz.
Harro ostrożnie wyjął miecz. Kropla potu spłynęła po jego czole. Marek podszedł do niego. Harro krzyknął i pchnął mieczem w stronę przeciwnika. Ten zatrzymał i odepchnął od siebie Legata. Następnie zamachnął się mieczem, przecinając skórę na szyi Serwilusza Harro. Legat upadł na kolana spojrzał w niebo, a następnie upadł na plecy.
Marek Aefidiusz uklęknął na ziemi, aby odmówić modły do Marsa. Następnie wstał.
- Wracajcie do miasta błękitni. Ten człowiek zginął walcząc z Orkami i tak będziecie mówić. Taka jest prawda.
Koło niego stała młoda dziewczyna. Odziana w zbroję, która zdawała się przylegać do jej ciała. Zdjęła z głowy swój kaptur. Oparła się o plecy Legata.
- Śmierdzisz – powiedziała spokojnym głosem dziewczyna o długich kruczoczarnych włosach. - Krew orcza sprawia, że chce mi się rzygać.
- Wybacz Liwio. Po ich twarzach widzę, że ci się udało.
- W ostatniej chwili. Twoi żołnierze nie chcieli walczyć z innymi rzymianami, a ci byli gotowi zginąć za swojego Legata.
- Co będą pamiętać?
- Dla niech bitwa z orkami trwała trochę dłużej niż dla nas. Tylu ludzi – usiadła. - I ta zbroja. O mało nie zemdlałam. Szczane juliańskie słońce.
- To chyba nie jest dobry język dla westalki?
- Na szczęście jestem daleko od świątyni w Auguście.
- Na szczęście...
- A ty? - zmieniła temat. - Wielki bohater Augusty i Oktawii. Podzieliłeś się sławą z generałem, którego zabiłeś. I okłamałeś go.
- Prokonsul byłby bezsilny. Szczęście, że przechwyciliśmy gońca hordy. Gdyby dotarł do Akr Rumaden, Prowincja by upadła.
- Nie masz tego już dosyć?
- Czego?
- Walki – wstała i podała mu kłos zakrwawionego zboża. - Walczymy już dziesięć lat. Przed nami zaś walczyli półtora wieku, a wojna nie chce się skończyć.
- Wiatr się zmienił – teraz Legat zmienił temat.
- Będzie burza – dodała z melancholią w głosie.
Tej nocy spał niespokojnie. Znowu śnił mu się Mars siedzący na górze z ludzkich czaszek. Obudził się. Popatrzył na sufit swojego namiotu. Wstał tak, aby nie obudzić Liwii.
Ubrał się i wyszedł na zewnątrz. Przy jednym z wielu ognisk siedział centurion Drakchus i gwardziści germańscy. Przysiadł się do nich.
- Nie możesz spać Legacie? - zapytał wprost Drakchus. - Myślałem, że coitus z kapłanką zabiera siły.
Gwardziści wybuchli śmiechem. Marek cenił Drakchusa za jego tradycyjne rzymskie poczucie humoru. Świńskie poczucie humoru.
- W jakiś sposób musi czerpać moc – zaczął Marek. - Zazdrościsz centurionie.
- Ja – oburzył się Drakchus i dodał z sarkazmem: - Spać codziennie z młodą dziewką nie musząc jej płacić lub się z nią żenić? Sam Pluton Musiałby mnie trzymać, gdybym dostał w opiekę taką kapłankę!
Wszyscy gwardziści znowu wybuchli śmiechem. Jeden z nich podał wodzowi kawałek mięsa.
- Dziękuję – odpowiedział Legat.
- No właśnie! - wyrwał się Drakchus. - Przyjechał goniec z Tyberiany. Z listem od prokonsula.
Centurion wręczył mu list. Marek szybko przeczytał zwój i przywołał swojego adiutanta. Ten nagle zmaterializował się blisko swojego generała. Marka zawsze dziwiła szybkość z jaką się zjawia. Zastanawiał się często czy elfia domieszka krwi w jego żyłach dawała mu jakiś szósty, a może nawet siódmy zmysł.
- Rufio! - zaczął. - Obudź Janiusza i Katona i każ im natychmiast udać się do mojego namiotu. Mają małą klepsydrę na zjawienie się - wstał i natychmiast udał się do swojego namiotu.
Zapalił świecę i obudził Liwię. Ta odgarnęła włosy za ucho i zasłoniła się kocem.
- Na Hestię Dahaldrinnę! - zapytała z wyrzutem. - Co się dzieje.
- Idź do swojego namiotu i ubierz szaty liturgiczne – odpowiedział. - Za chwilę wyświęcisz nowego Legata.
- Ale to zadanie Augura! - wpakowała głowę pod poduszkę.
- Nie ma żadnego w obozie – stwierdził. - Poza tym zaczyna świtać.
Liwia ubrała swoją tunikę, założyła sandały i pas ze sztyletem. Z wściekłym wyrazem na twarzy wyszła z namiotu, targając po ziemi swój płaszcz i zbroję.
Chwilę później wpadł Rufio.
- Jest problem, dominus – zaczął. - Janiusz świętował wczoraj z pierwszą kohortą, ale Galadhur obiecał, że postawi go na nogi.
- Dobrze – odpowiedział Legat. - Idź do Prefekta warty i każ mu trąbić na zwinięcie obozu.
- Się robi...
- Rufio! - zawołał gdy ten już prawie wychodził.
- Gdzie moja zbroja paradna?
- Zielony kufer. Mam pomóc założyć? - zapytał zdziwiony.
- Rufio, co masz zrobić?
- Prefekt warty?
- Biegnij Rufio!
Szybko wpakował zbroję paradną i hełm z taką ilością piór, że zmarły Legat Harro czułby się biedakiem. Siadł przy stole z czterema składanymi krzesłami i szybko napisał kilka dokumentów. Założył na nie pieczęcie i napił się wina.
Po chwili pojawił się Katon. Chudy i czarnowłosy Trybun ziewnął wchodząc. Już miał zapytać po jaką zarazę został zbudzony, ale stanął wryty na widok zbroi Legata. Grymas uśmiechu przewinął się przez jego twarz. Walczyli razem niemal dziesięć lat i tylko raz, dwa lata temu Marek Aefidiusz miał ją na sobie, gdy został dowódcą czerwonego legionu.
- Gdybym wiedział, że to tak ważne, ubrałbym się wykwintniej – zaczął lekko rozbawiony. Markowi przypomniało się, że zapomniał powiedzieć Rufiowi o tym, aby trybuni założyli zbroje paradne.
- Jak spałeś? - zapytał Marek próbując zbalansować hełm z pióropuszem.
- Legioniści tak świętowali, że nie mogłem zmrużyć oka i napisałem parę poematów – zaczął. - Spodobają ci się. O „żołnierskim żołądku co przetrzyma każdą ilość wina”.
- Dobre – uśmiechnął się Legat. W myślach stwierdził jednak, że przyszłe pokolenia nie zapamiętają Trybuna jako poetę, a jeśli już to jako marnego. - Ale skupił byś się bardziej na walce.
- Jaki w tym sens? - Trybun usiadł przy stole. - Z „krwawym legatem” nie wygram...
Do namiotu weszła ubrana w białą togę Liwia. Trybun wstał natychmiast.
- Bogowie! - zaczął. - Chyba nie zamierzasz poślubić westalki!
Kapłanka roześmiała się i pokazała trybunowi kadzidło. Po chwili śmiał się i Legat. Westalka puściła mu tak wieloznaczne spojrzenie, że z samej interpretacji powstałby wielometrowy zwój.
- Nie wincie zaspanego poety – Katon wyjaśnił widząc reakcję wodza i kapłanki. Znów usiadł. - To czekamy jeszcze na kogoś?
Do namiotu wszedł tryton Galadhur, trzymając za ramię niedobudzonego trybuna Janiusza. Skóra trytona miała zielone nocne zabarwienie. Janiusz stał zaś ze spokojnym pijackim wyrazem twarzy.
- Nigdy go nie zrozumiem – zaczął Galadhur. Marek nigdy nie poznał historii kryjącej się za tym jak Tryton został przybocznym Janiusza, ale ponoć była to historia dorównująca tej o Kastorze i Poluksie.
- Obudź go z łaski swojej – odpowiedział Legat.
Galadhur uderzył go z całej siły w brzuch. Katon znowu wstał. Trybun Janiusz zaś podniósł wysoko rękę. Liwia podała trytonowi szybko wiaderko. Ten podstawił je pijanemu trybunowi pod głowę. Janiusz zwymiotował resztki wczorajszej orgii. Markowi zdawało się, że zauważył lekki uśmiech na twarzy Trytona.
- Naprawdę – wycedził Janiusz, po czym napił się wody. - Nienawidzę tak zaczynać dnia.
- Niestety, Tempus zdaje się skąpić nam czasu na zabawę – odpowiedział Katon, który zdążył z powrotem usiąść.
- Tak, masz rację Katonie – dodał Marek. - Galadhurze, poczekaj na zewnątrz.
Tryton oddał honor i wyszedł z namiotu. Janiusz usiadł koło Katona. W przeciwieństwie do niego był ucieleśnieniem prawdziwego rzymskiego żołnierza. Wysoki, umięśniony z zakrzywionym nosem. Tylko włosy koloru blond zdradzały, że w jego żyłach płynęła krew nie tylko rzymska, ale i germańska lub galijska.
- Macie coś do jedzenia – zaczął, po czym spojrzał na Legata. - Ładne wdzianko. Czekaj...
- I się zaczęło – powiedział cicho Katon.
- Co się dzieje, dlaczego mnie tu wezwałeś. Chyba nie planujesz znowu jakiejś głupiej wyprawy.
- Planuję – odpowiedział Marek. Trybuni popatrzyli na niego.
- Żołnierzom to się nie spodoba – odpowiedział Katon. - Sporo poległo wczoraj pod Garroną.
- Na tyłek Luny! Jasne, że im się nie spodoba! - dodał Janiusz. - Daj im chociaż odpocząć. Po raz pierwszy od trzech lat mamy szansę, aby zdrowo wypocząć, a ty znowu każesz nam walczyć?
- Wam nie – trybuni popatrzyli zdziwieni. - Trybunie Aureliuszu Westuliszu Katonie. Powstań!
Katon wstał i popatrzył na swojego dowódcę. Liwia podeszła i pomachała kadzidłem.
- Na mocy danej mi przez bogów i prawo wojenne mianuję cię Legatem błękitnego legionu – Katon stał jak wryty. Marek podał mu zapieczętowany dokument. Następnie wskazał im gestem, aby usiedli. Podał Liwii dwa dokumenty. - Ten daj gońcowi z Tyberiany. Niech złoży go na ręce prokonsula. Ten zaś daj Rufiowi, aby posłał go z gońcem do Garrony. Ma dotrzeć do zastępcy Legata natychmiast!
Liwia wyszła, zaś legat kontynuował.
- W nocy przybył goniec z Tyberiany. Prokonsul pytał o postępy. Znając tych głupców z forum to na wieść o śmierci Harro, wsadziliby na jego miejsce kolejnego głupca. Ty Katonie może i jesteś poetą, ale nie głupcem.
- Błękitny nie zaakceptuje mnie nigdy – zaczął Katon. - Jestem Westuliuszem, nie Harronem.
- Zaakceptuje ciebie na pewno – przerwał mu Marek. - Oddaję ci drugą kohortę i Janiusza. Błękitny to żółtodzioby, nie dadzą rady naszym weteranom. W zamian oddasz mi drugą kohortę błękitnego.
- Jest coś więcej – odezwał się Janiusz. - Chcesz wymusić triumf i miejsce cenzora, prawda?
- Jak już mówiłem, ktoś musi pilnować tych głupców z forum. Inaczej pogrążą prowincję. Robią to od półtora wieku. Poza tym sam prokonsul wzywa mnie do Tyberiany zaraz po zakończeniu kampanii w Garronie. Zostawienie was dwojga tutaj wraz z całym legionem to jedyny sposób na zapewnienie bezpieczeństwa na wschodzie.
- Czego może chcieć prokonsul jeśli wzywa cały legion? - zapytał Katon.
- Dowiem się tego za miesiąc – odpowiedział Marek. - Wy zaś pilnujcie granicy. Jeśli horda będzie próbowała się przegrupować to poślijcie jeźdźców by jej w tym przeszkodzić.
- Z tym nie będzie problemu – odpowiedział Janiusz. - Gdy sprzątaliśmy pole bitwy, kazałem liczyć nie tylko naszych poległych, ale i poległych wroga. Ile ten herszt mówił, że zgromadził wojska?
- O'Grauk? Pięćdziesiąt tysięcy z siedemdziesięciu plemion – odezwał się Katon. - Pamiętam, bo to mnie posłaliście na rozmowy z tym barbarzyńcą.
- Orki nie mają bród – wtrącił się Janiusz.
- Słucham? - Katon był najwyraźniej zdziwiony.
- Barbarzyńcy mają brody – wyjaśnił Janiusz. - Zresztą jeśli chodzi o tą jego wielką hordę, to jej połowa paliła się na stosach calutką noc. Wątpię, by po takiej porażce zdołał zebrać do kupy więcej niż własne plemię, o ile przeżył i o ile jego własni podwładni nie wpakowali mu sztyletu w plecy.
- Jak Cezarowi w senacie – skwitował opowieścią ze starej ziemi Katon.
- Czyli poradzicie sobie – stwierdził Legat.
- Pytanie czy ty sobie poradzisz? - zapytał się Katon. - Gajusz będzie chciał zająć moje miejsce.
- Gajusz to idiota – stwierdził Janiusz. - Jeśli zostanie pierwszym trybunem, to będziemy mieli większe problemy niż Hades z Tytanami w tartarze.
- Dlatego Drakchus zostanie pierwszym trybunem – odpowiedział Marek. - Centurion gwardii, wcześniej pierwszej kohorty, bohater legionu. Żołnierzom się to spodoba.
- Weteran trybunem? - zaśmiał się Janiusz. - Ucieleśnienie marzeń plebsu i zmora patrycjuszy.
- Przecież oboje jesteście z plebsu – stwierdził Katon.
- Ale mieliśmy patronów – stwierdził Janiusz. - Poza tym po drodze byliśmy na każdym szczeblu dowodzenia. Od centuriona, przez prefekta, po trybuna. Drakchus to prosty żołnierz, a ty chcesz go wtłoczyć w wielką politykę, dać mu głos na forum?
- Można powiedzieć, że zostałem jego patronem – uśmiechnął się Marek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz