środa, 19 lutego 2014

Wariacje (część I)

Szedł przez obóz. Zawsze zamaskowany, pod kapturem i płaszczem. Żołnierze, których mijał zatrzymywali na nim wzrok, a później wracali do swoich czynności. On zaś patrzył jak w tej ulewie próbują budować palisadę. Pora deszczowa w Kathen trwała w najlepsze. Cały obóz był przecięty potokami. Templariusze rozpaczliwie kopali fosę, do której woda nanosiła wciąż na nowo ziemię.
                W końcu doszedł do czerwonego namiotu, w samym centrum Campusu. Namiotu dowódcy Legionu. Wszedł do środka. Jak zawsze zastał Kardynała Letuciusa przeglądającego stosy pergaminów.
                - A! – wyciągnął się w krześle. – Halias!
                - Aen! – stanął na baczność. – Dlaczego zostałem przyzwany panie? Nie skończyłem jeszcze zwiadu.
                - Mam dla ciebie coś lepszego – uśmiechnął się Kardynał. – Wyrwiesz się z tego bagna na parę tygodni.
                - Nie rozumiem. Tutaj znajduję dość zadań, którym w imię Hetriona mogę się poświęcić.
                - Oszczędź mi choć raz te twoje gadki o poświęceniu i oddaniu. Chcesz się stąd wyrwać jak cała reszta czterech tysięcy moich żołnierzy.
                - Walka za wiarę przynosi mi zbawienie!
                - Po bitwie o Derez, znów musimy siedzieć w miejscu, a deszcz nie pozwala nam ruszyć się dalej. W takiej sytuacji byś mi się tylko marnował.
                - Mój panie ja przysięgałem…
                - Już ci mówiłem co sądzę o tych twoich „poświęceniach”. Nie potrzebuję ciebie tutaj, a dostałem rozkaz, aby wysłać mojego najlepszego żołnierza.
                - Mój panie, znajdziesz lepszych. Ja mam oddział…
                - Poradzą sobie bez ciebie. Pamiętasz Derez? Bo ja tak i na własne oczy widziałem jak zabijasz tego honoriońskiego czarokletę.
                - Byłem najbliżej.
                - To módl się, abyś tym razem był przynajmniej paręset kilometrów dalej od kłopotów.
                - Złożę ofiarę u Trybuna w tej intencji.
                - Dobrze.
                Kardynał podszedł do stolika i zaczął przeszukiwać stos pergaminów.
                - Bałagan, powinienem posłać na roboty mojego kwatermistrza. O jest! Zadanie jest proste. Udasz się do Campus Drax. Tam dostaniesz przesyłkę, którą masz dostarczyć do Klird.
                - W czym tkwi haczyk? Czemu nie zajmie tym się poczta?
                - To najwyraźniej coś ważnego. Zbierają najlepszych ze wszystkich legionów w Kathen. Skoro macie do dostarczyć aż do Klird, może to znaczyć, że Dwór lub sama Arcykapłanka chce to mieć.
                - Nie jestem kurierem, ale zwiadowcą.
                - Jesteś najlepszym żołnierzem siódmego Legionu, chorąży Halias Morello! – Kardynał podniósł głos, a Halias mimowolnie stanął na baczność.
                - Jutro rano posyłam do Drax kurierów. Udasz się z nimi.
                - Tak mój panie. Komu mam oddać dowodzenie regimentem zwiadowców?
                - Nie będę ci wchodził w paradę. Napisz upoważnienie swojemu zastępcy i zanieś je do kwatermistrzostwa dziś wieczorem. I tak nie będą tam dzisiaj spać. Chyba złożę im wizytę…
                Halias wyszedł z namiotu. Chociaż Kardynał nie należał do gorliwych wyznawców Hetriona, to on jednak traktował go z szacunkiem. Może to wina jego treningu, który wymusił na nim instynktowne posłuszeństwo. Możliwe też, że to zasługa dowodzenia. Kardynał wyciągnął Legion z wielu tarapatów.
                Deszcz był coraz intensywniejszy. Sierżanci przestali już się łudzić, że można budować palisadę w takich warunkach i rozpuścili drużyny. On zaś szedł do jednej z bram. Stało przy niej dwóch wartowników. Szybko pokazał dokument z pieczęcią i odczekał, aż Templariusze przepchną potężne wrota. Gdy wychodził, jeden z nich splunął mu pod nogi. Był to wyraz pogardy wobec nieludzi. Halias był już do tego przyzwyczajony. W końcu był uosobieniem tego z czym oni walczyli. Z czym on sam walczył. Był również pamiątką po powiązaniach domu Morello z elfami.
                Dobrze pamiętał swój pokój w domu rodzinnym. Nie mógł z niego wychodzić, więc siadał przy oknie i oglądał ogród. Często przyglądał się swojemu bratu. On bawił się na zewnątrz. Był normalny. Często zadawał sobie pytanie, dlaczego to jego spotkało. Z każdym dniem zamykał się coraz bardziej w sobie i marzył, aby pewnego dnia wyjść z pokoju – ze swojego więzienia.
                Chyba miał osiem lat jak drzwi otworzyły się. Wszedł człowiek w czarnej tunice i hełmie, który zdobił grzebień. Złapał go za rękę i bez słowa wyprowadził. Ostatnie co pamiętał to chyba twarz kobiety – matki o pięknych jasnych włosach.
                Doszedł do posterunku na skraju doliny. Tu pod drzewem siedzieli jego „bracia”. Tak siebie nazywali. Zamaskowani łucznicy. Z pięćdziesięciu zostało ich już tylko sześciu.
                - Co tak długo? – zapytał się Gelo. – Chciałem już kłaść się spać.
                - Muszę was opuścić na parę tygodni – odpowiedział. – Parus przejmie dowodzenie.
                Wszyscy wstali i skierowali swój wzrok na niego. Pierwszy odezwał się Gelo.
                - Niech Hetrion nad tobą czuwa – powiedział. – Nie zawiedziemy ciebie.
                Te same słowa powtórzyły głosy innych „braci”. Halias siadł pod drzewem i zaczął pisać upoważnienie. Zdążył wrócić przed zapadnięciem nocy do Campusu. Tak jak się spodziewał w kwatermistrzostwie trwała wizyta Kardynała. Jakiś wystraszony Kapral odebrał od niego pergamin.
                Następnie udał się do namiotu swojego oddziału. Bez nich, którzy byli na zwiadzie, to miejsce wydawało się puste. Położył się i okrył kocem.
                Znów ten sam sen. Miał go chyba od czasów dzieciństwa. Zawsze wracał co parę dni nie dając o sobie zapomnieć. Polana i piękne błękitne niebo. Był dzieckiem. Leżał i oglądał chmury. Po chwili wstawał i zaczął się rozglądać. Był sam. Polana ciągnęła się w nieskończoność. Wołał matkę, ojca, ale nic się nie działo. Wołał dalej i nic. Coraz bardziej rozpaczliwie. Płakał. I zawsze budził się w tym samym momencie.
                Powoli zebrał swój ekwipunek. Miecz, pas, łuk i kołczan. Sakwa, do której wpakował starannie zwinięty koc, bandaże i dokumenty podróżne. Do pasa przypiął sakwę, a w bucie schował nóż. Starannie owinął głowę czarnym bandażem, zostawiając delikatną szczelinę na oczy. Założył tunikę, a na nią zbroję. Pas przeciągnął między szczelinami w zbroi i przypiął miecz. Założył kaptur z krótką peleryną. Na plecy zarzucił swój łuk i kołczan z trzydziestoma strzałami. Wybrał strzały z cienkim grotem. Mogły przebić się przez kolczugę, ale nie zadawały dużego bólu. Był do nich przyzwyczajony.
                Wyszedł zaraz po tym jak zjadł śniadanie. Do sakwy wrzucił parę pasków suszonego mięsa i dwa bochenki chleba. Dość na podróż do Drax. Przerzucił ją przez ramię i doszedł do stajni. Krótka rozmowa z Inkwizytorem pilnującym koni załatwiła mu śniadego wierzchowca. Przerzucił swoją sakwę przez siodło i szybkim ruchem wskoczył na konia.
                Następnie udał się do północnej bramy. Tam czekał już na niego kurier na koniu. Nie miał zbyt zadowolonej miny i Halias wiedział dlaczego. Na jego miejscu też zachowałby ostrożność. Jak to mawiali, niewiadomo co siedzi w głowie mieszańca. On był Hybri – półelfem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz