Dea popatrzyła zrezygnowana. Podnieśli czesne o 1000%! Nie da rady ze swojej marnej pensji na pół etatu opłacić studia magiczne. Szczególnie teraz, gdy wyrzucili ją z pracy.
Szła przez miasto i podliczała wydatki. Bursa, czesne, jedzenie, picie, kosmetyczka, fryzjer, i nowa magiczna lokówka.
Weszła do pierwszej lepszej karczmy i poprosiła o piwo.
- Eee – odpowiedział karczmarz, troll, który na rogach trzymał sakwy. – Nie jesteś za młoda na alkohol.
- Przecież to średniowiecze! – niemal krzyknęła. – Mroczny wiek wojen i gwałtów, a ty pytasz mnie o wiek!
- Dobra, dobra, ale jak władują się tu twoi rodzice, to mnie nie wiń – podał jej kufel i odszedł, mrucząc pod nosem: „p…e nastolatki!”.
- Mówię wam! – usłyszała kobiecy głos. – Tam jest pełno złota. Tylko sakwy i ruszamy!
- Zapomniałeś, że potrzebujemy maga, elfie! – powiedział głos krasnoluda. – Musimy mieć maga, który otworzy wejście.
- Nie lubię magów – stwierdził Roland. – Nigdy nie wiesz co im w głowie siedzi.
- To będzie tylko na tę jedną wyprawę – stwierdził Eldiriad. – Poza tym, będziemy bogaci.
- Wchodzę w to! – Dea przysiadła się do drużyny. – Kiedy ruszamy.
- Znacie ją? – zapytał się Roland.
- Nie wydaje mi się – odpowiedział szybko Gorder.
Zapanowała niezręczna cisza.
- Och przepraszam – dziewczyna odgarneła swoje długie blond loki. – Jestem Dea Rockensburg, mag pierwszego kręgu bitewnego i chciałabym…
- Nie – odpowiedział Roland. – Poza tym jesteś jeszcze dzieckiem. A pierwszy krąg… To znaczy, że studiujesz pierwszy rok.
PUFF!
Rolandowi zdawało się, że cały świat nagle urósł. Reszta drużyny patrzyła na psa, który siedział na miejscu Rolanda. Ten zaś poczuł przemorzną potrzebę polizania się po jajkach.
- Ejj – skrzywił się Eldiriad. – To nienormalne! Odczaruj go!
- Nie, dopóki mnie nie weźmiecie – upierała się dziewczyna.
- Okej masz tę robotę – odpowiedział Gorder.
Drużyna szła przez bezdroża. Roland złorzeczył na swój los. Gdyby wiedział, że po przyjęciu czarodziejki do drużyny czeka ich targanie dwa razy większej ilości ciężarów…
- Mam dość – zrzucił sakwę Dei z pleców. – Co ty tam nosisz! – zaczął odsznurowywać bagaż.
- Czekaj! – krzyknęła dziewczyna, która poza podręczną torbą nic nie niosła, bo jak twierdziła miała takie zalecenie od lekarza. – To moje! Nie masz prawa!
- Pergamin „Snoop Dragon: Best of Best: Riding on my Griff BITCHES! & Killing with my wand BITCHES!” – przeczytał Roland. – Chcesz powiedzieć, że przez całą drogę niosłem kilkadziesiąt pergaminów z muzyką jakiegoś rapiera!
- 3523 – poprawiła go cicho Dea.
- Mam doskonały pomysł, jak to może się nam przydać – uśmiechnął się złowieszczo Roland.
Ognisko było duże i piękne. Męska część drużyny nie pamiętała już kiedy ostatnio czuli się tak dobrze. Dea siedziała po drugiej stronie ogniska, nadąsana.
- Dorzuć coś do ognia – powedział Roland do Gordera.
- Może być „50 crowns: Welcome to my candy emporium”? – zapytał się krasnolud.
- Ta, ta.
PUFF!
Eldiriad, który szukał jedzenia w sakwie obrócił się i zobaczył znowu liżącego się psa-Rolanda. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
- To… - chciał zagadnąć elf. – Ile tak zostanie?
- Kilka minut – odpowiedziała. – Prosta sztuczka, którą uczą na ćwiczeniach.
- Acha.
Drużyna została otoczona przez potężny oddział orków, dowodzony przez szamana. Ten dojrzał w tłumie Deę, trzymającą się kurczowo laski.
- Nie podoba mi się to – stwierdziła dziewczyna.
- Słuchaj się kobiety – wycedził przez zęby Gorder. – Mówiłem by iść w prawo. Nie! Panna czarodziejka wprowadziła nas wprost w środek zasadzki! Czemu my cię w ogóle posłuchaliśmy!
- Bo jestem potężną czarodziejką, która…
- Walcie w maga! – przerwał jej herszt. – Najpierw ukatrupcie maga.
- Zaraz! – krzyknęła. – Nie możemy w jakiś sposób tego obgadać. Musimy od razu zachowywać się jak banda tępych mężczyzn.
Nie zdążyła skończyć, kiedy Roland przerzucił ją przez ramię.
- Czy ty wiesz kiedy uciekać! – wysapał, wskakując na pułkę i podając ją jak rzecz Gorderowi, gdy wbiegali do małego i ciasnego korytarza.
- No może lekko spanikowałam, ale stałam na placu boju, gdy w tchórze zaczęliście wiać!
- Stałaś? – zaśmiał się Gorder. – Ze strachu skamieniałaś.
- Nie lubię się zgadzać z krasnoludami, ale on ma rację – dodał Eldiriad, gdy Gorder przerzucił mu Deę przez kilkumetrową przepaść. – Ugh! Mogłabyś lekko schudnąć…
Drużyna powróciła cała obolała do miasta i „przycumowała” w tawernie. Dea przeliczała zyski i cały czas coś mazała w swoim notesie z jednorożcem.
- Nie! – zawyła. – To niemożliwe! Przecież zabraliśmy stamtąd cały wór!
- Sklepikarze zawsze kupują taniej, niż coś jest warte – stwierdził Roland.
- A połowa to i tak zwykłe podróby i świecidełka – dodał Eldiriad.
- A część zawsze się gubi po drodze lub jest przeklęta – skwitował Gorder.
- Ale, ale, moja kosmetyczka, mój pałacyk za miastem! – Dea była bliska płaczu. – Wliczając koszta podróży, odkupienie nowych ubrań, zbroi i broni, zostaje nam jedna korona zysku!
- Wiecie co to znaczy – podskoczył Roland – Jesteśmy na plusie! Kolejka dla wszystkich!
Dea uderzyła głową w stół.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz