środa, 19 lutego 2014

Meduza

Drużyna znajdowała się w nie lada kiepskim położeniu. Gorder kilka chwil wcześniej zmienił stan skupienia z ciała stałego w ciało bardziej stałe – stał się kamiennym posągiem. Obok w klatce znajdował się Eldiriad. Roland zaś siedział związany przy stole. Naprzeciwko niego siedziała młoda dziewczyna z kapturem na głowie, zakrywającym oczy. Miała bladą skórę. Jedynie jej usta, czerwone jak róża uśmiechały się do człowieka.
            - To wyjaśnijmy sobie jeszcze raz – zaczął Roland. – Gdy przeszukiwaliśmy te lochy.
            - Plądrowaliście mój dom – poprawiła go dziewczyna.
            - Jak zwał tak zwał – stwierdził Roland. – Założyłem ten naszyjnik – wskazał swoim wzrokiem srebrny naszyjnik na swojej szyi. – To zaś spowodowało, że się obudziłaś i zamieniłaś Gordera w kamień.
            - Spojrzałam tylko na chwilkę – broniła się dziewczyna.
            - Nie rozumiem tylko tej ostatniej części.
            - Zakładając naszyjnik stałeś się moim mężem – stwierdziła ze spokojem. – To święty akt naszego rodzaju.
            - Daj spokój – odpowiedział Roland. – Nie było nawet zaręczyn. Ani kapłana! Ślub bez duchownego się nie liczy.
            - Jeśli się nie zgodzisz zamienię twojego drugiego towarzysza w kamień.
            Roland spojrzał na Eldiriada. Eldiriad odpowiedział mu spojrzeniem „K...a! Chyba się nad tym nie zastanawiasz!”.
            - Rób co chcesz – stwierdził. – Raz już byłem w stałym związku. Drugi raz w to piekło nie wdepnę.
            - Naprawdę? – zapytała się dziewczyna. – Opowiedz mi.
            - Naprawdę chcesz o tym rozmawiać? – Rolad spróbował podrapać się po głowie. Niestety ręce dalej były związane. – Ja nie chciałem się kłócić, a ona chciała to czego zwykle chcą kobiety… pałacu i tysiąca służących. Poza tym przeszkadzały jej moje wyjścia do gospody.
            - To akurat się świetnie składa – uśmiechnęła się meduza. – Nasz rodzaj kultywuje związki jedynie na płaszczyźnie intymnej.
            - Jak s’ie masz? – zapytał się z obcym akcentem Rolad. Eldiriad westchnął żałośnie. – Stałe związki są świetne!
            - Chociaż tyle się należy naszym wybrankom, przed ich końcem – Rolanda coś tknęło. - To zabierzmy się do rzeczy i zróbmy potomstwo.
            - Hę? – wydusił z siebie człowiek. – Możesz powtórzyć?
            - Zrobimy dzieci, no chyba wiesz po co się TO robi…
            - Nie, nie, nie. Nie to. To wcześniej, to o końcu.
            - Stosunek ludzi i meduz jest trochę drastyczny. Co prawda pozwala nam przedłużyć gatunek, ale nasi wybrańcy nie dożywają do końca aktu…
            - Czy mając na myśli nie dożywają, masz na myśli coś świńskiego – Roland zaśmiał się nerwowo. – To musi być coś świńskiego.
            Na kolanie Rolada pojawił się oślizgły ogon meduzy
            - Nie – stwierdziła rozbrajająco. – Po prostu umierają.
            Roland zaczął krzyczeć jak mała dziewczynka widząca pierwszy raz w życiu pająka.
            - Hej! – włączył się Eldiriad. – Niektórzy mają tutaj czuły na piski słuch.
            - Cisza! – krzyknął Roland wysokim tonem, po czym się popłakał. – Mam prawo!
            - No, ale kochanie – uśmiechnęła się meduza. – To nie będzie boleć… aż tak bardzo. Robiłam to już setki razy i to nawet przyjemne.
            - Chyba dla ciebie! – krzyknął oskarżycielsko Roland. – Panie Brzasku! Ja wiem, że jestem słabym wyznawcą i zdarzyło mi się parę razy okraść, którąś z twoich świątyń, ale proszę wyciągnij mnie z tego, a poświecę się twojej służbie.
            ZGODA.
            Roland, Eldiriad i Meduza niemal podskoczyli.
            - Co to było? – zapytał się Eldiriad.
            Nagle na stole przykucnął święty anioł piętnastego stopnia pana brzasku poranka świetlistego (zwany potocznie aniołem brzasku). Natychmiast wyszczerzył śnieżnobiałe zęby od których nie wiedzieć czemu, w mrocznym lochu, odbiło się światło słoneczne.
            - Jam jest Lubrachamiel Pięknousty i rozkazuję ci uwolnić tę oto grupkę poszukiwaczy… - anioł obrócił się i ujrzał puste krzesło, pustą klatkę i pustą podstawę na posąg. – Cholera! Gdzie się podziali! Mów wiedźmo!
            - Uciekli jak przyjmowałeś pozę bojową – stwierdziła meduza. – Tylko nie wiedźmo! Wiesz jak ciężko jest żyć, gdy każdego potencjalnego chłopaka zmieniasz w kamień lub zabijasz! – Meduza była bliska płaczu.
            - J-ja nie chciałem! – zreflektował się anioł i zaczął szukać w swojej świetlistej zbroi kieszeni z chusteczkami. – Masz – dał jej białą chustę. – Jesteś piękną młodą i atrakcyjną kobietą. Nie masz się czego wstydzić. To oni są skończonymi świniami, że pozwalają się zmieniać w kamień. Prawdziwy mężczyzna zawsze znajdzie sposób, aby nie dać się spetryfikować.
            - Tak myślisz? – meduza otarła łzy.
            Anioł wyszczerzył białe zęby, od których odbiło się światło słońca. Dziewczyna uśmiechnęła się.

            Drużyna targała kamienny posąg Gordera po zapomnianym bezdrożu.
            - Tym razem było blisko – stwierdził Eldiriad. – O mały włos i byśmy tam zostali. Szkoda, że będziesz musiał zostać kapłanem.
            - O czym ty do diabła gadasz! – obruszył się Roland. – Skrzyżowałem palce. Pan brzasku to naiwniak i pierdoła. Tylko skończeni idioci zostają jego kapłanami. Poza tym, okradałem już wcześniej jego świątynie i najgorsze co ta ciamciarała potrafiła zrobić do zesłać, że zacytuję jednego z jego kapłanów „żęsisty deszcz”.
            Nagle rozpoczęło się urwanie chmury i potężny deszcz spadł na naszych bohaterów.
            - Dzięki stary – wycedził przez zęby elf. – Swoją drogą, gdzie się podział prawy wąs Gordera.
            - Pewnie urwał się po drodze tak jak jego lewa stopa…

            Od Autora: Cztery lata później w sądzie niebiańskim,  wniosek o sprawę rozwodową wniosła meduza Klamiella, przeciwko Lubrachamielowi Pięknoustemu. Jako przyczynę podała różnicę charakterów. Sąd przyznał jej dom i rydwan, zaś aniołowi prawo wyłącznej opieki nad setką potomstwa. Można rzec: sprawiedliwość triumfuje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz