Upadł. Zbroja była zbyt ciężka na tak długą bitwę. Wokół niego setki templariuszy związane było w morderczej walce. Inkwizytorzy przekrzykiwali się, ale nikt już ich nie słuchał. Cała pierwsza linia północnego legionu załamała się.
Tharius wstał i zdjął hełm. Zimny powiew wiatru uderzył mokrą głowę, przyprawiając go o dreszcz. Ubrany na biało palladyn connachtu jak na zawołanie wycelował w niego włócznię. Z ziemi podniósł miecz i przygotował się do obrony. Tharius chciał zatrzymać ją swoją tarczą, ale przypomniał sobie, że została roztrzaskana przez gryfa. W ostatniej chwili uchylił się. Wszechobecne błoto spowodowało, że przewrócił się, lądując u stóp wroga. Ten wycelował włócznię w legionistę, chcąc zakończyć jego życie. Tharius wbił miecz w jego stopę i szybko się podniósł. Wyjął z kieszonki ukrytej w bucie sztylet i wbił w gardło nieszczęśnika.
Rozglądnął się po polu bitwy. Ani jeden sztandar pierwszej linii nie przetrwał szturmu, ale sztandary drugiej wydawały się równo od siebie oddalone. W oddali grupa hybri dobijała gryfa.
- Panie! – podbiegł do niego chorąży – Kardynał wydał rozkaz ustąpienia miejsca kawalerii
- Co! – Tharius nie mógł uwierzyć w to co słyszy. Ten idiota Lucio zamierzał poświęcić cały legion. – Wracaj na tyły i powiedz mu, żeby włączył drugą linię do bitwy, a kawalerię przesunie na lewą flankę.
- Kardynał Lucio już wydał rozkaz – Tharius popatrzył w dal. Sztandary drugiej lini rozpoczęły przemieszczanie. Kohorty piechoty ustępowały pola chorągwiom Trexów i Konnych. Teraz Paridianie i Zitiończycy wkroczą do bitwy. Lucio zbyt pochopnie traktował piechotę Connachtu.
- Zbierz hybri i poślij do pozostałych dowódców pierwszej linii. Niech zbierają swoje kohorty i wycofują się za drugą linię! – chorąży skinął głową i podbiegł do grupki hybri, którzy rozprawili się właśnie z paroma łucznikami Tullmoru. Sam nabrał powietrza – Pietnasta! Do mnie! Wycofujemy się.
Jego ludzie otoczyli go natychmiast. Ktoś podał mu zakrwawioną tarczę. Inny z legionistów, chyba młody Okel podniósł sztandar kohorty i podniósł.
- Odwrót! – krzyknął gdy zebrało się dość legionistów. – Za drugą linię.
W oddali dojrzał wreszcie sztandary pierwszej linii. Przynajmniej dużą ich część. Niektóre zaczęły już wycofywać się na tyły. Wokół nich nadal walczyły grupy żołnierzy obu stron. Wiedział, że już ich nie uratuje. Zginą w tym całym zamieszaniu związanym, ze spuszczeniem kawalerii.
Gdy jego przetrzebiona kohorta wyszła z placu boju, Tharius wyraźnie ujrzał drugi szereg kohort, stojący niewzruszenie na wzgórzu. Między przerwami kohort wylewały już się chorągwie zitiońskiej konnicy. Z oddali też rozlegał się jaszczurzy ryk Trexów.
Przeszli obok nich w milczeniu. W tym momencie rozległy się dźwięki rogów. Tharius wiedział, że już ich nie zawróci. Wiedział też co zaraz się stanie. Kawaleria wpadnie w to samo błoto co ciężka piechota pierwszej linii. Stratuje przy tym własne siły. Ich wrogowie wycofają własne siły i poczekają, aż kawaleria utknie.
Natychmiast za linią piechoty pojawili się jego adiutanci. Pomogli mu zdjąć zbroję i przypiąć pelerynę kardynała. Ruszył w stronę obozu i bez słowa wparował do namiotu, w którym zgromadzeni byli dowódcy legionu północnego. Lucio spojrzał na niego, jakby był duchem.
- Mogę wiedzieć, po jaką cholerę posłałeś na śmierć naszą kawalerię wraz z połową mojej piechoty! – wydarł się. Lucio przez chwilę stał zmieszany.
- Jestem kardynałem! Dowódcą legionu! – odzyskał mowę kardynał. – Natchnionym przez Hetriona generałem tej kampanii. Nie masz prawa kwestionować rozkazów najsprawiedliwszego!
- Jesteś idiotą! Przez twoją głupotę straciliśmy połowę naszych ludzi – Tharius nie zamierzał się już hamować. Wiedział, że może zrobić teraz tylko jedno. – Głupota to herezja.
Wśród dowódców zawrzało. Gwardziści utkwili na nim wzrok. Ich ręce już dawno spoczywały na mieczach.
- Kardynale Lucio Hrkureze dera Pargonne – rozpoczął Tharius. – Pozbawiam ciebie dowództwa w imieniu Hetriona, jego najświętszej córki i wiernych katedry jego. Twoją winą jest herezja pychy i herezja śmierci.
Zapadła niezręczna cisza. Thariusa przeszedł dreszcz. Każdy najmniejszy ruch mógł teraz zawarzyć na życiu jego i całego legionu północnego.
Gwardziści dobyli mieczy i podeszli do kardynała Lucio.
- Kardynale dera Paragonne! – powiedział chorąży. – Proszę oddać miecz.
Lucio roześmiał się.
- To nie koniec – oddał pas z mieczem gwardziście. – Gdy wrócimy do Zitionu, twoja głowa zawiśnie na katedrze w Tyree!
Gwardziści wyprowadzili kardynała, a Tharius pozostał sam z resztą dowódców.
- A teraz, radzę posłać gońców i wycofać całe nasze siły z pola walki – odezwał się.
Usiadł na krześle. Lucio co się z tobą stało! Czy chwała przesłoniła ci rzeczywistość. Stracili już niemal cztery tysiące ludzi, a on musiał posłać kardynała na ukrzyżowanie. Po tej bitwie imeshyjskie siły po prawej stronie anfanny zmaleją jeszcze bardziej.
Spojrzał na mapę. Inkwizytorzy i trybuni instruowali gońców i przekrzykiwali się. Coś do niego mówili, ale on ich nawet nie słuchał. Ten tłok słów pędzących w jego stronę powodował panikę. Dowodził teraz całym legionem. Już nie był teraz zwykłym cardinalus auxilliarus. Był generałem.
- Czy inżynierowie dali radę ukończyć naprawę mostu? – zapytał się. Most został zniszczony dwa tygodnie temu przez siły Anfanu, odcinając ich od możliwości odwrotu po bitwie o Kralmur.
- Niestety nie – stwierdził kwatermistrz legionu Orio. – Chorągwia tullmorczyków, przedarła się przez prawą flankę i dotarła do mostu. Kohorta inżynieryjna broniła się, ale została rozbita w pył.
- Czemu żadna z rezerw lub chorągwii nie ruszyła ich wesprzeć?
- Kardynał dera Paragonie, uważał, że ich celem jest obóz i kazał rezerwom ustawić się na jego obrzeżach.
Thariusa rozbolała głowa. Nie wiedział, czy to było z powodu zimna, czy problemów zostawionych przez byłego dowódcę. Nie mieli drogi odwrotu.
- Nasze siły wycofały się za drugą linię. Niektóre z kohort zaginęły, a większość nie ma nawet połowy swojej siły sprzed bitwy – odezwał się jeden z inkwizytorów. – Kawaleria także się wycofała. Paladyni nie byli zbyt szczęśliwi, ale mają minimalne straty.
- Dobrze – poślijcie gońca do anfańczyków. – Powiedzcie, że chcę pertraktować z ich dowódcą na ziemi niczyjej.
Wśród dowódców zawrzało.
- Przegraliśmy – stwierdził chłodno. – Musimy negocjować, inaczej zagłodzą nas po tej stronie rzeki.
- Możemy poczekać na łodzie z Barium – odezwał się Trybun z Karigi. – Przywiozą żywność i pozwolą przewieźć część naszych rannych na drugi brzeg.
- Smocze łodzie connachtu blokują ujście rzeki – odpowiedział nadzorca hybri. – Żadnych posiłków poprzez łodzie.
- Nie możemy się poddać! – odezwał się młody inkwizytor. – To bluźnierstwo!
- Piąta zasada wojny – stwierdził Tharius. – „Gdy jesteś pokonany zejdź z pola walki i ratuj swoich żołnierzy, by móc wrócić”. Kiedyś tu wrócimy i pokażemy anfańczykom potęgę Hetriona. Jednak by to zrobić, musimy się dzisiaj przyznać do porażki i wycofać.
Anfańczycy rozstawili namiot blisko ruin wioski znajdującej się między oba armiami. Wioski, którą legion spalił w poszukiwaniu jedzenia. Tharius wiedział, że może się spodziewać wszystkiego po barbarzyńcach. Mógł nawet nie wrócić. Uśmiechnął się. Przynajmniej nie musiałby się martwić tym całym bałaganem.
Pierwsi do namiotu weszli jego adiutanci. On wraz z gwardzistami czekał na zewnątrz. Naprzeciwko niech siedziała grupka rycerzy Connachtu. Obie drużyny uważnie się sobie przypatrywały. Czarne zbroje i tuniki imeshijskich legionistów kontrastowały ze srebrnymi zbrojami i białymi tunikami rycerzy drzewa.
Adiutant wyłonił się z namiotu i skinął głową. Tharius wszedł za nim do środka.
Namiot był pusty. Jedynie dwa proste drewniane krzesła naprzeciwko stołu. Czwórka jego adiutantów, stanęła za nim w szeregu. Generał sił Anfanu w swojej złotej zbroi stał do niego plecami i rozmawiał ze swoimi przybocznymi po drugiej stronie stołu. Tharius nie zwrócił na niego uwagi i usiadł.
Anfański generał zajął miejsce po drugiej stronie stołu. Położył swój hełm na blacie. Jeden z jego przybocznych podał mu zwój pergaminu.
- Sądziłem, że legionem północnym dowodzie kardynał dera Paragonne – zaczął. – Zgodziłem się na spotkanie, ponieważ mieli wziąć w nim udział dowódcy obu stron.
- Doszło do pewnych zmian, książe – odpowiedział Tharius. – Teraz ja dowodzę legionem.
- Bristoz… - przerwał mu anfańczyk. – To nazwisko navarshjańskie?
- Tak.
- Dziwne – generał sił Anfanu uniósł brwi. – Tak niedawno ten kraj został dołączony do „Imperia Hetrionica”. Nie wiedziałem, że ma już reprezentanta w Synodzie.
- Mogę zapewnić waszą szlachetność, że nie jestem ani pierwszym, ani ostatnim. Navarash się zmienił.
- Naprawdę? – roześmiał się Książe. – W moich siłach są dwa pełne regimenty lojalistów z Navarash i cała brygada klanu Dzika. Oni uważają inaczej.
- Ja i moi krajanie jesteśmy ludźmi prawa i porządku hetriońskiego.
Książe milczał. Tharius czekał kiedy wreszcie przestanie z nim rozmawiać o błahostkach. A jeśli to tylko gra na zwłokę i siły Anfanu właśnie rozpoczynają marsz ku wzgórzom, na których czeka stłoczony legion.
- Być może skrzyżowałeś miecz, z którymś ze swoich krajan – książę dalej kontynuował. - Ironia, czyż nie?
Tharius zmusił się do uśmiechu, po czym wyprostował się na krześle.
- Nie jesteśmy tutaj, aby rozmawiać o losach Navarash, książę – na chwilę przerwał, aby przełknąć ślinę. – Przybyłem tutaj, aby negocjować warunki odwrotu legionu w dół rzeki.
- Niestety nie mogę się na to zgodzić – stwierdził książę. – Jeśli dzisiaj was wypuszczę, to jutro wrócicie.
- Zamierzasz zatem nabić cały legion na pale?
- Nie jesteśmy barbarzyńcami – zaśmiał się anfańczyk. – Przynajmniej my z Connachtu. Cały legion złoży broń, a kawaleria poderżnie gardła koniom i tym waszym jaszczurom.
Zapadła cisza. Tharius wiedział co teraz z nimi się stanie. Templariusze i najemnicy pójdą na targi niewolników, a oficerowie wrócą do domu po uiszczeniu odpowiedniego okupu. Wiedział, że o ile ci tchórze w namiocie kardynalskim chętnie przyjmą takie rozwiązanie, to zmęczeni porażkami żołnierze zdążą wymierzyć „sprawiedliwość”.
- Nie mogę przyjąć twoich warunków, książę – odezwał się Tharius. – Pozwólcie nam się wycofać na południe. Wygraliście tę wojnę.
- Mam za sobą 20 tysięcy zbrojnych. Nie dacie rady nas pokonać.
- Moi zwiadowcy mówią o 10 tysiącach zmęczonych connachtyjczyków i dwóch tysiącach tullmorczyków i najemników.
- To nadal dwukrotnie więcej niż siły twojego Legionu kardynale val Bristoz.
- Więc spotkamy się w boju – Tharius wstał. – Niech Hetrion zagwarantuje wam drogę do swojego pałacu.
- A jego córka będzie waszą latarnią – dokończył książę. Connachtyjczyk na pewno wyznawcą Hetriona.
Tharius podrapał się po głowie. Inkwizytorzy i trybuni przedstawiali kolejne plany wyrwania się z tej sytuacji. Nie docenił ich. Spodziewał się, że ta banda wysoko urodzonych będzie się bała kolejnej krwawej bitwy i będzie wolała się poddać, wiedząc że ktoś zapłaci za nich okup. Byli jak cały legion północy. Pełni wiary i młodości, ale brakowało im doświadczenia.
- Rozstawienie kilkudziesięciu wybuchowych inskrypcji przez Hybri w tym miejscu może dać nam przewagę – stwierdził Trybun Laskvinus.
- Za daleko od linii wroga – przerwał mu inkwizytor Fardio. – Nie zadadzą żadnych strat w bitwie.
- Nie po to je tam ustawimy – odpowiedział Laskvinus. – To miejsce jest doskonałym miejscem na oskrzydlenie naszej piechoty przez wroga. Gdy wróg wypuści swoją kawalerię i gryfy, po prostu uaktywnimy inskrypcję. To spłoszy zwierzęta.
- I w ten cały zamęt napuścimy nasze rezerwy i kawalerię? – zapytał się Tharius. – Podoba mi się twoje myślenie trybunie, ale musimy wzmocnić centrum. Mogę ci dać co najwyżej dwie kohorty piechoty.
- Mało, ale damy sobie radę – Laskvinus skinął głową.
- Możemy też zastawić pułapki tutaj i tutaj – dodał Fardio, wskazując zarośla – Odpowiednio ukryte drużyny hybri, mogą związać walką oddziały Tullmoru.
- Jeśli pójdą na lewym skrzydle – dodał Trybun Jaris. – Co z gryfami? Ostatnio przeorały całą pierwszą linię legionu.
- Tylko dlatego, że kardynał dera Paragonne zatrzymał całą drugą linię na tyłach – wtrącił Tharius. – Teraz ja dowodzę.
Walka w tłoku zawsze go przerażała. Pamiętał, że jako młody chłopak o mało nie umarł w jednej z tak ciasnych formacji. Tyle, że wtedy tracze imeshijskiego legionu były skierowane przeciwko niemu i jego towarzyszom. Teraz tarcze osłaniały go, przed białą masą paladynów Connachtu. W oddali słyszał róg kawalerii. Laskvinus ruszył do ataku. Teraz musieli tylko wytrzymać, do momentu gdy oskrzydli wroga.
- Panie! – koło niego pojawił się adiutant. – Kohorty na prawej flance meldują przerwanie linii!
- Niech cała rezerwa jaka nam została tam ruszy! – krzyknął kardynał. – Powiedz im, że muszą utrzymać linię, albo przeklnę ich do ósmego pokolenia wstecz!
Adiutant zniknął, on zaś ruszył naprzód. Wszedł na plecy któregoś z legionistów, aby rozeznać się w sytuacji. Sztandary kohort nawet nie drgnęły i stały równo w formacji. Cała druga linia włączyła już się do bitwy. Spojrzał na prawą flankę. Była lekko w tyle za centrum i lewą, ale nie wycofywała się. Wśród jej sztandarów dojrzał fioletowe sztandary rezerwy. Spojrzał na formację wroga. W oddali palił się obóz armii Anfanu. Kawaleria musiała zrobić już swoje. Koło jego głowy świsnęła strzała. Szybko zszedł na dół. Wolał nie kusić szczęścia.
- Panie! – adiutant powrócił. – Sytuacja na prawym skrzydle opanowana. Meldują, że tullmorczycy uciekli z pola bitwy.
Tharius odetchnął. Wygrał bitwę! Teraz kawaleria z jednej strony, a piechota z drugiej, zmiażdżą siły Connachtu. Hetrion mu sprzyjał.
Siedział na krześle kardynała. Wokół niego legioniści w równych rzędach stali na baczność. Zaś naprzeciwko klęczał książę Rahtiam Morai Connachti, dowódca armii Anfanu. Tharius starał się, aby jego twarz była jak z kamienia. Jak musiał się czuć jego przeciwnik. Jeszcze wczoraj żądał kapitulacji od niego, dziś zaś sam składał broń.
- Przyjmuję poddanie się woli Arcykapłanki Imeshii, światła Hetriona – stwierdził. – Teraz zaznacie miłosierdzia sprawiedliwego boga porządku. Ukrzyżować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz