Drużyna powróciła do miasta, po kolejnej, niebezpiecznej i jak zwykle nieudanej przygodzie.
- Słowo daje – zaczął Gorder. – Co robimy źle?
- To wina Rolanda – włączył się Eldiriad. – Nasikał do gniazda smoka.
- Skąd miałem wiedzieć, że smok zrobi sobie gniazdo na dnie starożytnej latryny – bronił się Roland. - Bogom dzięki, że nie zebrało mi się na dłuższe posiedzenie.
- Nie ważne – wycedził Gorder. – Idę się schlać.
- Ja chyba się prześpię – ziewnął Roland.
- Ja muszę kupić nowe struny – stwierdził Eldiriad. – To do jutra.
Eldiriad odzielił się od reszty drużyny i ruszył w stronę rynku miasteczka.
- Pseplasam! – elf zauważył za sobą małą dziewczynkę. – Cy pan jest elfem?
- Ależ tak piękna damo – Eldiriad przykucnął. – W czym mogę ci służyć?
- Jus w nicym – dziewczynka uciekła.
Eldiriad podrapał się po głowie. Spróbował poprawić swoją sakwę i odkrył, że została po niej jedynie odcięta rączka. Oblał go zimny pot. Korzystając ze swoich bardzo delikatnych zmysłów natychmiast wypatrzył dwoje niezadbanych dzieci, które uciekały z jego sakwą.
- Złodzieje! – krzyknął przez tłum. – Te dzieci ukradły moją sakwę! – zamiast zobaczyć pomagający mu tłum, elf usłyszał jedynie śmiechy. Tak. Był pierdołą, która dała okraść się dzieciom.
Natychmiast ruszył do zaułka, w którym zniknęły dzieci. Te przeskoczyły przez płot. Eldiriad uśmiechnął się. Elfy były urodzonymi akrobatami. Nic nie mogło go powstrzymać. Zgrabnym i wdzięcznym susem przeskoczył przez przeszkodę i jego twarz spotkała się z lecącym starym butem.
- Ugh! – wydusił gdy upadł na bruk. – Zabiję! – dodał szaleńczo i ruszył dalej w pościg.
Szybko dogonił dzieciaki. Złapał jednego z chłopców za ramię. Drugi biegł dalej z jego sakwą. Złapany popatrzył na niego przerażony, po czym złapał za leżący na ziemi kawałek deski.
- Ha! – Zaśmiał się elf. – Jeśli myślisz, że możesz zatrzymać szlachetnego elfa kawałkiem deski to… - dziecko wpakowało deskę wprost w jego przyrodzenie. – Mamo!
Dzieciak uciekł, ale pomimo łez i skręcającego bólu, elf ruszył dalej. Mimo, że stracił z oczu dzieciaki, miał do dyspozycji zmysł węchu. Ruszył śledząc zapach swojej torby.
W końcu wpadł na małe podwórko pełne ludzi, którzy coś świętowali. Wśród tłumu wypatrzył małą dziewczynkę z jego sakwą. Tę samą, która zaczepiła go na rynku.
- Ty! – krzyknął do niej. – Oddawaj sakwę, albo pożałujesz, że się urodziłaś!
- Hypa nie udesys dziecka? – zapytała się. Miała rację. Tylko potwór by to zrobił. – Ałaaa! – krzyknęła, gdy Eldiriad zabrał jej sakwę. – Elf mnie bije!
Eldiriad zauważył, że wszyscy ludzie na podwórku okrążają go. Rozglądnął się. Zobaczył chłopca, który wcześniej przyłożył mu deską. Wskazywał na baner zawieszony na domu, przy podwórku: „Liga Obrony Ludzkości przed Elfami”.
- K…a! – powiedział zrezygnowany. – Znowu!
Eldiriad wyglądał jak siedem nieszczęść. Cały był w śińcach i krwiakach. Trzymał kurczowo resztek swojej lutni, jego ubranie było podarte i zakrwawione. Obok ze śmiechu tarzał się Gorder. Niemal popłakał się ze śmiechu po usłyszeniu tej historii.
- Spójrz na to z innej strony – powiedział spokojnie Roland. – Przynajmniej odzyskałeś swoje rzeczy – podniósł jego sakwę. Była podarta, zkrwawiona, sponiewierana i przebita strzałą. Eldiriad przeczuwał, że zawartość sakwy nadaje się na śmietnik.
- Dzięki! – stwierdził Gorder. – Nikt jak elf nie potrafi poprawić ci dnia. Nie odchodźcie. Idę kupić coś do jedzenia, bo ta historia jest zbyt piękna na pusty żołądek.
Gorder odszedł w stronę straganu wciąż się śmiejąc. Nagle poczuł, jak ktoś go ciągnie
- Pseplasam! – powiedziała mała dziewczynka. – Cy jest pan klasnoludem?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz