środa, 19 lutego 2014

Wariacje (część II)

Zamknął oczy i wsłuchał się w tłum. Przekrzykiwali się, tworząc jedną wielką ściane dźwięku. Kochali go. Uśmiechnął się. W końcu był najlepszym z najlepszych. Był pierwszym mieczem areny w Kraldan. Sama arcykapłanka z dalekiej stolicy Imeshijskiego Imperium - świątynnego miasta Klird, podarowała mu dwa pięknie zdobione miecze.
Otworzył oczy. Jego przeciwnikiem był paladyn z domu Astend. Chłopak nie miał więcej niż 16 lat. Tak mu przynajmniej powiedziano. Kodeus już postanowił, że nie zabije młodzieńca. Oduczy go jednak "zabawy" w gladiatora. Sam Hetrion by mu zresztą za to podziękował.
Wierzył, że na świętej arenie oddającej cześć bogowi wojny powinni walczyć najlepsi. Nie zaś najwyżej urodzeni, jak teraz. Wielu paladynów i trybunów w Lnir nie widziało wojny. Pilnowali jedynie chłopów i ściągali podatki. Tym bardziej, jako nisko urodzony, mógł im pokazać, że to żołnierze nie szlachta są prawdziwymi władcami Imeshii.
Kodeus szybkim ruchem dobył swoich ostrzy.  Nautilus o błękitnej rękojeści w lewej ręce i aurus o złotej rękojeści w prawej. Chłopak Astendów miał tylko jeden miecz, ale w przeciwieństwie do jego, był o wiele dłuższy. Kodeus zastanawiał się nawet jak ten chłopak uniósł taką broń.
Zmienił zdanie o chłopaku. Nie będzie się hamował. Ruszył i szybkim ruchem nautilusa, wytrącił broń przeciwnikowi z ręki. Na jego twarzy pojawiło się przerażenie. Kodeus nie powstrzymał jednak aurusa, gdy ten przebił się przez głowę chłopca.
- Nie walczy się czymś, czego nie można udźwignąć - stwierdził do samego siebie Kodeus, próbując usprawiedliwić się za zabicie tego dzieciaka. Wytarł aurusa o skrawek szaty chłopaka, zastanwiając się, kiedy przestał kierować się współczuciem.
Przypomniał sobie swoją pierwszą bitwę i morderczy pojedynek z honoriońskim szermierzem. Na koniec gdy stał nad pokonanym, nie mógł się zmusić, aby go wykończyć. Honoriończyk wykorzystał, to wtedy przeciwko niemu. Zostawił mu bliznę na twarzy i o mało nie odebrał mu życia. Na szczęście jeden z towarzyszy Kodeusa był szybszy. Każda kolejna bitwa jakby zacierała w nim ludzkie odruchy, pozbawiając jakichkolwiek barier. Najgorsze w tym wszystkim było zaś to, że cały czas był świadom tego procesu.
Na szczęście był daleko od wojny. Już 10 lat.
Zszedł z areny do namiotu dla gladiatorów. Rozmyślał, czy chłopaka oglądali jego najbliżsi. Nie dość, że splamił swój honor, dając się tak szybko i w taki sposób zabić, to jeszcze widzieli całą tę scenę. Tak się działo, gdy szlachetne rodziny bały się posyłać dzieci na wojny, a wolały by sławę zdobywały w turniejach. Zawsze w takich miejscach istniało ryzyko trafienia na byłego templariusza, który zetnie głowę paladynowi w sekundę po rozpoczęciu walki.
- Świetny pojedynek - jego ławkę zajmowała kobieta w zbroi imeshijskiej poczty.
- Walczę dla Hetriona - stwierdził Kodeus. - Czy najświętsza pani znowu chciała mnie obdarować i dać mi  kolejne miecze? - próbował nie zabrzmieć zbyt drwiąco.
- Nic mi o tym nie wiadomo, sierżancie.
- Nie jestem już templariuszem, tylko gladiatorem. Mój kontrakt dobiegł końca.
Kobieta o czarnych długich włosach podała mu zwój z białą pieczęcią legionu.
- Pół tysiąca sestercji, awans na Inkwizytora i placówka Interia Imeshia - wyrecytowała.
- Za co?
- Musisz otworzyć list.
Kodeus zmierzył ją wzrokiem. Coś nie podobało mu się w jej młodziutkiej twarzy z drwiącym uśmieszkiem. Jej zielone oczy zdawały się zalotnie nęcić gladiatora do przyjęcia propozycji.
- Jak masz na imię?
- Liwia z domu Klast - lekko pochyliła głowę. Jej oczy zdawały się wiercić w nim dziurę.
- Wiesz pewnie, że otwarcie listu z białą pieczęcią jest jak zawarcie kontraktu.
- Każde dziecko o tym wie.
Nie mógł się powstrzymać od spuszczenia wzroku do poziomu jej klatki piersiowej. Liwia wydawała się nie mieć żadnych obiekcji. Uśmiech zajmował teraz całą twarz dziewczyny.
- To i tak będzie lepsze niż walka z tymi dzieciakami.
Otworzył list i przeczytał instrukcję. Inkwizytor Kodeus nie uzyskał żadnych odpowiedzi, których oczekiwał. Tylko kierunek w jakim miał się udać.
- Mam zabrać pana do Campus Drian - stanęła na baczność. - Eskorta już czeka.
- To na granicy Navarash?
- Tak Inkwizytorze.
- Muszę zebrać tylko moje rzeczy i możemy ruszać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz