Na mostku panowała nerwowa atmosfera. Porucznik Telais złapała kosmyk swoich złotych loków i z nerwów włożyła sobie go do ust.
- Przestań to robić! - odezwał się kapitan. On w takich sytuacjach poprawiał swoje okulary. - To obrzydliwe.
- Nic na to nie poradzę - odpowiedziała. - Martwię się o nią.
- Jest w dobrych rękach - pocieszył ją. - Verll nie pozwoli, aby spadł jej choć włos z głowy.
- Wiem, ja tylko...
Rozmowę przerwało pojawienie się nowego znacznika na holomapie mostka.
- Imeshyjska fregata - kapitan wywołał dane z radaru. - Chyba nas w końcu wykryli.
- Siły milicji nabierają wprawy z każdym rokiem - stwierdził porucznik Mirades, który właśnie wszedł na mostek.
- To było naprawdę głupie, posyłać ją tam samą! - wyrzuciła z siebie Telais.
- Spokojnie Madie! - powstrzymał ją kapitan. - Dzięki jej dywersji i chaosowi w sieci miejskiej jaki zrobiła, nie straciliśmy nikogo podczas rajdu.
- Sir! - odezwał się oficer łącznościowy - Mantis podjął ładunek! Będą za dwie minuty.
- Uff! - westchnął kapitan. - Główne działa! Strzelać dowoli w cel alfa! Madie leć do hangaru!
Madie skinęła głową i szybko wybiegła.
- Ma rację, wiesz - odezwał się Mirades. - Dziewczyna ma dopiero 17 lat.
- Gdyby nie ona, to nawet nie moglibyśmy myśleć o rajdzie na Navathe.
- Racja - uśmiechnął się porucznik. - No i wiezie ci prezent.
- Co? Jaki prezent?
Mirades podał mu holotab z danymi milicji miejskiej.
- Podłączyłem się do bazy milicji - podrapał się po swojej brodzie. - Za tym chłopakiem wystawiono list gończy.
- Pomógł Uny? - zapytał się kapitan.
- Sprawdziłem na paśmie radiowym. Mantis podjęła dwie dodatkowe osoby z kolonii.
- Po prostu odstawimy go w jakimś bezpiecznym porcie i...
- Przeczytaj uważnie, kapitanie - Mirades przerwał mu w środku zdania, po czym wycofał się z mostku.
Kapitan usiadł na fotelu i wywołał list gończy. “Poszukiwany terrorysta i heretyk: Merik Kedberg”. Położył rękę na czole. Rozbolała go głowa. Ze wszystkich możliwych miejsc w sektorze, akurat tutaj musieli trafić na dzieciaka Fadie.
Znowu zatrząsło. Merik złapał mocniej za uchwyt. Route Guard’zi nawet nie przejmowali się tymi turbulencjami. Cała czwórka otoczyła Uny.
- Jesteś ranna - Verll ściągnął hełm. Miał blond włosy i może ze dwadzieścia kilka lat. Krótko ścięta bródka kłóciła się z jego beztroskim wyrazem twarzy.
- Pancerz pochłonął większość obrażeń - odpowiedziała Uny i uśmiechnęła się. - Do twarzy ci z troską.
- Z tobą tak zawsze młoda - Verll położył rękę na jej głowie.
Merik poczuł się co najmniej dziwnie. Kim był ten Verll.
- Dzięki za opiekę nad nią - spojrzał na Merika. - Młoda zawsze wbija się w jakieś tarapaty.
- Nie ma za co - nieśmiale, jedno po drugim słowa powoli opuściły jego usta.
Verll podszedł do niego. Wyciągnął rękę.
- Lucif Verll, porucznik Route Guard - przedstawił się.
- Merik - odpowiedział chłopak.
- Tylko Merik? - na twarzy Verll’a malowało się zaciekawienie. Merik był już niemal pewny. Ta bródka mu nie pasowała. Nie powie mu swojego nazwiska. Ktoś kiedyś powiedział mu, żeby robił to jak najrzadziej. Verll zmierzył go wzrokiem i uśmiechnął się ponownie.
- A więc tylko Merik, pozwól że przedstawię ci mój wesoły oddział! - wskazał ręką na trójkę pozostałych route guard’ów, którzy ściągnęli hełmy. - To jest Kody, nasz żółtodziób - Kody był niemal w wieku Merika. Jego czarne krótkie włosy były przeciwnego koloru niż jego białe. - To jest Zeezee - starsza najwyżej o kilka lat brunetka uśmiechała się od ucha do ucha. - A ten to Viper, nasz haker - Viper miał na sobie holokulary i ani jednego włosa. Wyciągnął papierosa. - Co ty robisz idioto! To strefa bez papierosów.
- Nie spinaj się tak, bo ci żyłka pęknie - powiedział bez emocji Viper.
Merik spojrzał na Uny, która zajęta była przeglądaniem swojego holotaba. Uśmiech Verll’a rozszerzył się niemal do granic jego twarzy.
- A to jest Uny Telais - odpowiedział na nie zadane pytanie. - Strasznie nie lubi, gdy jej się pomaga i...UGH
Merik niemal podskoczył gdy Verll oberwał hełmem należącym do Uny.
- Za co to!? - Uny nie odpowiedziała na pytanie Verll’a. Odwróciła się do nich plecami i wróciła do przeglądania holotaba.
Kolejny wstrząs przeszedł przez prom.
- Dzień dobry, tu mówi kapitan! - odezwał się głos zniekształcony przez interkom. - Właśnie wylądowaliśmy w hangarze “Rusty Axe”. Dziękuję za skorzystanie z “Rage spacelines”.
- Ten zawsze swoje - zrezygnowanie malowało się na twarzy Zeezee. - Zawsze ta sama szopka. I ten tekst. Kapitan się wkurzy, jeśli usłyszy jak ten błazen siebie nazywa.
Luk transportowy promu otworzył się. Verll, Uny i route guard’zi wyszli na zewnątrz. Merik zawachał się, ale po chwili ruszył w ich ślady.
Hangar “Rusty Axe” wydawał się ogromny, niczym hala sportowa. Znajdowały się w nim cztery platformy, wszystkie zajęte przez zielono-białe promy. Pomiędzy nimi zaś cała masa skrzyń, pudeł, wózków z częściami. Platformy ustawione były w jednej linii. Na lewej ścianie znajdowały się wrota hangaru, po jednym dla każdego promu. Na prawej zaś ciągi pomostów, każdy ze schodami prowadzącymi do nich.
Merika zdziwiło jak wielu ludzi tutaj było. Cała masa techników i mechaników uwijała się wokół promów. Dwóch w pomarańczowych kombinezonach, wskoczyło do środka promu, którym przyleciał i wyciągnęło ciała milicjantów.
- Potrzebujemy części do naszych pancerzy - wyjaśnił Verll. - Starsze lub zniszczone części sprzedajemy złomiarzom.
- Uny! - Merik poczuł instynktowną chęć schowania się, gdy usłyszał ten głos. Należał do blondwłosej kobiety przytulającej Uny. Miała zielono-biały mundur z nieznanymi oznaczeniami. Naszywka na prawym rękawie mówiła “Porucznik M. Telais”.
- Nic mi nie jest! - fioletowłosa dziewczyna próbowała się wyrwać z jej objęć. - Udusisz mnie.
Blondynka puściła ją.
- Twoja noga! - kobieta nieustępowała. - Verll!
Porucznik stanął niemal na baczność.
- Ja nic nie zrobiłem! - zabrzmiało niemal jak wyuczona formułka. Blondynka zmierzyła go wzrokiem. - Była taka gdy ją znaleźliśmy! On potwierdzi - wskazał na Merika, który nagle poczuł zimny dreszcz przechodzący go od palców stóp po czubek głowy.
- Co? - na twarzy chłopca malował się strach. Czy obarczą go winą za zranienie Uny?
- Nie oto chodzi idioto! - Porucznik Telais skierowała wzrok na Verll’a. - Trzeba ją zabrać do ambulatorium. Tya! możesz się tym zająć.
- Mogę ją zabrać - skinęła dziewczyna w pomarańczowym stroju mechanika, która stała obok i sprawdzała poszycie promu.
Na te słowa Uny niemal przylgnęła do ramienia Verll’a.
- Chyba zostałem wybrany - zaśmiał się Verll.
- Ech - Porucznik położyła rękę na czole. - Dobrze. Idzcie.
Merik zastanawiał się co się teraz stanie. Poza Verll’em, wszyscy inni w hangarze potraktowali go jak powietrze. Chyba był już czas, aby zadać to pytanie.
- Co - zaczął i przełknął ślinę. - Co ze mną?
Blondynka spojrzała mu prosto w oczy. Następnie odwróciła się w stronę promu.
- Jak ci na imię? - zapytała.
- Merik - odpowiedział.
- A nazwisko? Jak masz na nazwisko?
- Kedberg - coś podpowiadało mu, że w tym przypadku nie powinien zwodzić.
Oczekiwanie na odpowiedź trwało niemal wieczność. A może tak mu się tylko wydawało. Tylko dźwięki uwijającej się wokoło obsługi nie pozwoliły mu na totalne zatracenie się w ciszy.
- Porucznik Madeleine Telais. Pierwszy oficer “Rusty Axe” - przerwała ciszę. - Nie zabieramy zazwyczaj autostopowiczów. Nie licz na darmowy kurs, dzieciaku.
- Wiem.
- Co potrafisz?
- Znam się trochę na maszynach górniczych, silnikach i trochę na... - przerwał.
Porucznik Telais odwróciła się w jego stronę zaciekawiona. Wbił wzrok w podłogę.
- Znam trochę słów w code.
- Nie musisz się bać - odpowiedziała. - Tu nie ma imeshian.
Znowu nastąpiła pauza w rozmowie.
- Zaprowadzę cię do szefa. Znajdzie ci jakąś robotę na parę dni.
- A potem?
- Potem zawiniemy do jakiegoś bezpiecznego portu i cię tam wysadzimy.
Nie oto chodziło Merikowi.
- Chcę wstąpić do “Route Guard”! - niemal wykrzyknął.
Porucznik Telais spojrzała mu głęboko w oczy.
- Ale “Route Guard” nie chce ciebie - odpowiedziała. Merikowi przypomniała się rozmowa z Uny w jego mieszkaniu na Navathe Ir. Niemal ten sam wyraz twarzy i ton. I ten pusty wzrok.
- Dlaczego? - drążył dalej temat.
- Nie dostaje się wszystkiego co się chce. Chodźmy.
Porucznik Telais ruszyła w stronę schodów. Po chwili Merik ruszył za nią. Przeszli przez cały labirynt korytarzy. Na ścianach brak było jakichkolwiek oznaczeń. Jedynie włazy, kamery i kratki wentylacyjne. Ani jednego okna.
W końcu dotarli do dużego pomieszczenia, które bez wątpienia było warsztatem. Grupka techników w pomarańczowych kombinezonach siedziała przy swoich stanowiskach i zajmowała się grzebaniem w najróżniejszych przedmiotach.
- Cześć Madie - Merik usłyszał głos za swoimi plecami. Należał do mężczyzny starszego od niego o dziesięć lub dwadzieścia lat. Jak większość męskiej części załogi miał krótko ścięte włosy. - To nasza gapa? - spojrzał na Merika.
- Liczę, że znajdziesz mu jakąś pracę i zaopiekujesz się nim, szefie - odezwała się porucznik Telais.
- Nie martw się - szef przeglądnął dane na holotabie. - Włos mu z głowy nie spadnie. Szef jest jak matka dla załogi!
- Dobrze. Jak coś, to jestem na mostku.
Porucznik Telais opuściła warsztat, zostawiając Merik sam na sam z szefem i obserwującymi go technikami.
- Wracać do roboty! - krzyknął szef, po czym zwrócił się do Merika. - Jestem Dart Krade. Szef “Rusty Axe”.
- Szef? Znaczy się kapitan? - zapytał się chłopak.
Szef uśmiechnął się.
- Nie za bardzo znasz się na wojnie, co? - odłożył swój holotab. - Jeśli kapitan jest ojcem dla swojej załogi, to szef jest matką. Pilnuję, aby statek latał i nic od niego nie odpadało. Pilnuję, aby każdy dostał posiłek i miał gdzie się przespać. Słowem, odwalam całą czarną robotę, aby kapitan mógł się skupić na tym, abyśmy wygrywali kolejne bitwy.
- Już chyba rozumiem... - skinął głową Merik.
Szef Krade uśmiechnął się.
- Widzisz tamtą stertę na końcu warsztatu?
Chłopak znowu skinął głową.
- Śruby idą do skrzynek tutaj. Narzędzia tutaj... - zaczął pokazywać na najprzeróżniejsze półki i wymieniać kolejne elementy. Na szczęście Merik przyzwyczajony był do skomplikowanych i długich poleceń swojego brygadzisty, więc choć z wysiłkiem, ale zapamiętał wszystkie wytyczne.
Kapitan wyciągnął się w fotelu. Popatrzył na wizerunek Uny w holotabie.
- ...i wtedy pojawił się Verll i podjął nas z dachu bloku - zakończeła sprawozdanie. W tle paramedyk zakładał opatrunek na kolano. Uny wzdrygnęła się nagle.
- Co sądzisz o tym chłopaku? - zapytał w końcu.
- Nie nadaje się - odpowiedziała szybko i bez namysłu. Kapitan niemal poczuł w tym głosie emocje. To było nie podobne do Uny. - Za bardzo się boi. Ten strach go paraliżuje i może kosztować kogoś życie.
Nawet nie zaproponował zwerbowania tego chłopca. Poza tym, sama wcześniej stwierdziła, że zaryzykował własnym życiem, aby ją uratować.
- Spokojnie Uny - powiedział kapitan. - Nawet o tym nie myślałem - kłamał. - Niedługo dolecimy do Ksirtam i tam się z nim pożegnamy.
- Rozumiem - głos Uny powrócił do zwykłego chłodu.
- Koniec przekazu - kapitan wyłączył holoekran.
- Chłopak, aż się rwie, aby zostać jednym z nas - usłyszał głos Madie. Nawet nie zauważył jak weszła do jego kwatery.
Wyjeła jedną z książek z regału pokrywającego całą ścianę. Włączyła jej ekran. Usiadła na krześle, na przeciw jego stołu.
- Merik Kedberg - wyłączyła ekran. - Uny może i nie pamięta, ale ja na pewno. Miałam wtedy tyle co ona teraz.
- Myślałem, że zginął razem z rodzicami. Dzieciak jak ulał nadaje się na plakat propagandowy.
- Chyba nie myślisz o tym poważnie? - Madie położyła książkę na biurku. - Wysadzimy go w Ksirtam i niech rusza we własną drogę!
- Nie sądzisz, że to działanie losu? - kapitan poprawił okulary. - Chłopak przez dziesięć lat żył niemal niezauważony i przez Imeshię i nas samych. Syn Dargus’a i Fadie Kedbergów. Te imiona nadal rozpalają serca we wschodnich sektorach.
- To wystraszony chłopak, który całe życie spędził w kopalniach mithrilum. Słyszałeś Uny. Nie nadaje się na żołnierza.
- Nikt nie nadaje się na żołnierza - skontrował kapitan. - Żołnierza się szkoli. Nikt nie rodzi się gotowy na wojnę.
- Ty nie mówisz o zrobieniu z niego żołnierza, ale bohatera. Bohaterem trzeba się urodzić. Jesteś gotowy zaryzykować nie tylko swoje, ale i życie swoich podkomendnych?
- Bohaterów tworzą media i propaganda - kapitan podniósł książkę. Napis na okładce mówił “Dom Kedberg: Potęga i upadek”. - Jeśli dzięki temu chłopakowi, ktoś wznieci choć jeden bunt, wysadzi choć jeden frachtowiec, zarazi wirusem choć jeden serwer, to będzie to jedna rzecz już wykonana w tej wojnie.
Madie wstała.
- Twoja siostra go polubiła. Dawno jej takiej nie widziałem. Przynajmniej od śmierci Marcusa.
- Chcesz go? Droga wolna. Pamiętaj, że ostrzegałam ciebie. To twoja decyzja Zack. To twój statek i twoje dowództwo.
Wyszła z pomieszczenia, zostawiając go samego ze swoimi myślami. Tak, odpowiedzialność była jego. Wyjął z szuflady butelkę whisky. Na pomysł trzymania jej tam wpadł po przeczytaniu paru starożytnych ksiązek science fiction. Tam każdy kapitan zdawał się mieć ukrytą w biurku butelkę. I rozumiał dlaczego.
Szef Krade był pod wyraźnym wrażeniem pracy Merika. Chłopak nie tylko uprzątnął całą stertę, ale i posprzątał nieużywane tego dnia stanowiska i naprawił do tego jeden z silniczków tarcz pancerza bojowego, który został zdjęty z martwego milicjanta. Co prawda zrobiło mu się słabo, gdy zauważył plamy zielonej krwi na kawałkach ochraniaczy. W niektórych miejscach plazma niemal zniszczyła obwody nanoliczne, ale podejrzewał, że te pancerze możnaby ponownie wykorzystać po drobnych naprawach.
- Koniec na dzisiaj chłopcze! - powiedział szef. - Chodźmy coś zjeść, a później pokażę ci gdzie będziesz spał.
Merik zastanawiał się, jak oni wszyscy odnajdują się w tej plątaninie korytarzy. Może znają drogę na pamięć? To było logiczne tłumaczenie.
Po pokonaniu kilku zakrętów, włazów i schodów w końcu dotarli do mesy. Ta była niemal wielkości hangaru. Oprócz stołów i krzeseł, były także sofy. Na ścianach hologramy wyświetlały filmy i relacje z meczów znoota. Część służąca jako jadalnia była oddzielona od sof, które były na obniżeniu ciągami zieleni. Dwie części połączone zaś były schodami.
Szef zaprowadził go na sam koniec, gdzie znajdowała się lada. Stojący tam kucharz podał im obiad. Merik musiał przyznać, że było tego naprawdę dużo.
Cała mesę wypełniał gwar. Wszyscy, którzy tu siedzieli mieli mundury w różnych kolorach. Dominowały zielono-białe, znak rozpoznawczy “Route Guard” oraz pomarańczowe kombinezony techników. Część nosiła białe membranowe kombinezony pancerzy bojowych. Było też kilka osób w czerwonych kurtkach.
Merik usiadł razem z szefem. na końcu sali.
- Smacznego! - powiedział szef i z szybkością błyskawicy zabrał się za jedzenie. Merik popatrzył na swoją tacę. Wyjął z przeźroczystej folii sztućce.
- Ty jesteś Kedberg? Gapowicz z Navathe? - przysiadł się mężczyzna w biało-zielonym mundurze. Był gruby, łysy i miał długą czarną bródkę. - Jestem Mirades. Porucznik Mirades - coś w jego wyrazie twarzy kazało Merikowi uciekać. - Wiesz, zazwyczaj żółtodzioby nie siadają przy stole kadry.
- Daj mu spokój - powiedział szef, nie zważając na to, że jedzenie ucieka mu z ust. - Dostał się na pokład w “szczególnych” okolicznościach. Poza tym uprzątnął mi cały warsztat. Zbierałem się z tym od dwóch miesięcy, a on mnie wyręczył.
- Już próbuje ciebie zwerbować - Mirades zwrócił się do Merika. - Szef potrafi dobierać sobie ludzi. Jednak praca technika jest monotonna i niewdzięczna. My w wywiadzie doceniamy kogoś kto zna się na code.
Merik odłożył sztućce. Skąd on wiedział, że zna code. Tylko porucznik Telais i Uny wiedziały, że zna ten język. Może któraś z nich mu powiedziała.
- Porucznik Telais powiedziała, że nie jestem tutaj potrzebny - odpowiedział cicho.
- Jeśli dostanę znającego się na code technika, a przy tym wkurzę złotą Madie, to będzie to piękny dzień - rozmarzył się Mirades. Napił się ze swojego kubka i wrócił do jedzenia. Szef i on, nie zamienili ze sobą ani słowa do końca posiłku.
Merik ziewnął. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że odkąd spotkał rano na ulicy fioletowłosą dziewczynę, nie minął nawet dzień. Jego holotab pokazywał dwudziestą pietnaście. Mu się zaś wydawało, że minęły całe wieki.
Z rozmyślań wyrwał go dźwięk komunikatora w holotabie szefa.
- Kapitan chce ciebie widzieć - stwierdził szef.
- Jedna rada młody - odezwał się Mirades. - Niech ta popularność nie uderzy ci do głowy. Zawsze patrz trzeźwo na świat.
Merik nie dokońca rozumiał o co mu chodzi. Naśmiewał się z niego?
- Zostaw tacę, nie mamy czasu - szef wstał i podciągnął Merika w górę.
Opuścili mesę. Chłopak po raz ostatni rzucił okiem na pomieszczenie. Z jednej z sof machał do niego uśmiechnięty Verll. Coś mówił do siedzącego obok Kodiego.
Kolejne minuty marszu przez plątaninę korytarzy. W końcu dotarli do długiego i pustego korytarza wypełnionego drzwiami. Zatrzymali się przed jednymi z nich. Te ustąpiły natychmiast.
Pierwsze co uderzyło to totalna pustka panująca w pomieszczeniu. Składało się ono z przedsionka, z drzwiami, które jak pomyślał Merik muszą prowadzić do prywatnej łazienki. Po drugiej była ogromna szafa z lustrzanymi drzwiami. Zaczynający się za przedsionkiem pokój był niezwykle długi. Jedną ze ścian zajmował w całości, regał z holoksiążkami. Na środku było biurko, za którym siedział kapitan i dwa krzesła dla gości. W oddali znajdowało się ogromne łóżko. Końcową ścianę wypełniał holoekran pokazujący przestrzeń nazewnątrz okrętu i część kadłuba. Merik nie był jednak pewny, czy to aby nie jest prawdziwe okno.
- Zack, przyprowadziłem ci twoją zgubę - odezwał się szef. - Jak rozumiem, teraz ty się nim zajmiesz?
- Tak - stwierdził kapitan, nie odrywając wzroku znad holotabu. Poprawił okulary.
- Szkoda, przydałby mi się nowy technik - szef wyszedł z pomieszczenia, zostawiając ich samych.
Merika zabetonowało tam gdzie stał. Nie był w stanie się ruszać, a kapitan zdawał się zapomnieć, o tym że tu jest. Czuł się przytłoczony. Kapitan okrętu wojennego walczącego z Imeshią.
W końcu odłożył holotab i wywołał hologram z konsoli w biurku. Był to jego wizerunek w szarej kurtce górniczej i fioletowej czapce. “Merik Kedberg - morderca i terrorysta. Poszukiwany martwy”. Opis nie dawał mu złudzeń.
- Usiądź - powiedział spokojnie kapitan. - Nie będziesz chyba tak stał cały czas. Na pewno jesteś zmęczony. Miałeś w końcu dzień pełen wrażeń.
Merik usiadł.
- Co ze mną będzie? - po co zadał te pytanie? Doskonale wiedział co się stanie. Porucznik Telais mu to powiedziała.
- Czy wiesz na czym polega rekrutacja członków “Route Guard”? - Zapytał się kapitan.
Merik nie miał bladego pojęcia. Słyszał od ojca, że walczą z Imeshią, a atainki powtarzały, że napadają oni na transporty więzienne i rekrutują morderców.
- Przyjmujemy w większości ludzi z kolonii zniszczonych przez, którąś z wielkich potęg - wyjaśnił kapitan. - Czy to Horda, Ramazja, Imeshia, Honorion. Mamy wielu wrogów. Nie bierzemy jednak zazwyczaj ludzi z kolonii, które już od jakiegoś czasu żyją pod ich panowaniem.
Jak Navathe Ir? - Merik dodał w myślał.
- Jesteś Merik Kedberg - kapitan pokazał na hologram. - Nie możesz już wrócić do domu. Co zamierzasz?
- Chciałem walczyć z Imeshią. Pomścić moją rodzinę.
- My nie walczymy tylko z Imeshią. Gdyby tak było, to już dawno temu wygralibyśmy tę wojnę. W stanie w jakim jest teraz ten sektor, nie mamy żadnych szans na zwycięstwo. Przegraliśmy.
Na twarzy kapitana malowało się zmęczenie.
- Wiesz jaki jest procentowy wskaźnik przeżywalności w korpusie pancernych? Ile z tych dzieciaków zakładających pancerz bojowy dożywa starości?
Dlaczego kapitan nagle zmienił temat.
- Mój oddział miał dwudziestu pięciu członków. Wszyscy są teraz w lepszym świecie. Z Dagonem sadzą kwiatki w jego cholernym gaju.
Merik dalej milczał. Nie wiedział co powiedzieć. Dlaczego kapitan to mówił?
- Mogę dać ci pancerz - Merik nie wierzył własnym uszom. - Porucznik Telais mówiła, że chcesz się do nas przyłączyć? Więc jak? Daję ci szansę.
- Tak po prostu? - Merik nie mógł uwierzyć. Jakby runęła cała ściana, oddzielająca go od jego marzeń.
- Nie jesteśmy instytucją, czy też normalną armią. Nie mamy ośrodków szkoleniowych i biur rekrutacyjnych. Naszych ludzi szkolimy na pokładach naszych statków. Na gwiezdnych szlakach, które chronimy. Stąd nazwa Route Guard.
Kapitan wstanął i poprawił mundur.
- Gdzie moje maniery! - wyciągnął rękę. - Jestem Zack Mates, kapitan krążownika “Rusty Axe”. Czy będziesz z nami walczył o odrodzenie królestwa?
- Tak - Merik dał się pochłonąć przypływowi euforii. Wstał i podał rękę kapitanowi. Zack przytrzymał ją.
- Czy przysięgasz wierność rodowi królewskiemu i lojalność dowództwu “Route Guard”?
- Tak - powtórzył chłopak.
- Czy będziesz walczył z każdym wrogiem sektora i nie spoczniesz, aż wszystkie tutejsze kolonie nie staną się wolne?
- Tak - niemal wykrzyknął.
- Witam na pokładzie kadecie! - kapitan oddał honor. - Na zewnątrz czeka ktoś, kto zaprowadzi ciebie do kwater pancernych.
Kapitan wskazał mu drzwi. Merik ruszył w ich stronę. Zanim drzwi zamknęły się za nim, usłyszał ostatnie słowa kapitana.
- Masz oczy po matce, ale włosy i krew po ojcu.
Natychmiast się odwrócił, ale było już za późno. Drzwi się zamknęły. To zdanie całkowicie wytrąciło go z rytmu. Czy dlatego go zwerbowali? Czy to wszystko co dzisiaj się stało, było tylko zbiegiem okoliczności?
- Hej, mam ciebie zabrać do naszych kwater - Merik znał już Kodiego. Ten wyciągnął rękę na powitanie. - Nie powiem, trochę mi ulżyło - podjął rozmowę, gdy ruszyli przed siebie. - Teraz ty będziesz żółtodziobem.
Zanim opuścili korytarz, do którego przylegała kwatera kapitana natknęli się na Uny. Miała na sobie nadal swój biały kombinezon, a na kolanie ochraniacz medyczny.
- Możesz poczekać za rogiem? - odezwała się do Kodiego. - To nie zajmie dużo czasu.
- Jasne - powiedział zmieszany Kody. Ruszył w stronę zakrętu, znajdującego się kilkanaście metrów dalej. Gdy tylko odszedł, Uny ponownie się odezwała.
- Tam na dole - wbiła wzrok w ziemię - W twoim mieszkaniu zdjąłeś mój pancerz.
- Ach to! - przypomniał sobie chłopak. - Przepraszam, ale musiałem sprawdzić, czy byłaś ranna - wytłumaczył Merik.
Ich wzrok spotkał się. Merik jeszcze nigdy nie widział takiej wściekłości.
- Dotknij mnie jeszcze raz, a zbiję cię!
Poczuł jak miękną mu kolana i przypomniał sobie milicjanta w swoim mieszkaniu, którego Uny wykończyła z zimną krwią. Ona zaś ruszyła przed siebie i na pożegnanie powiedziała.
- Masz się do mnie zwracać Chorąży Telais.
Weszła do jednej z kwater przylegających do korytarza. Gdy tylko to zrobiła, zniknęła blokada, która nie pozwalała mu się ruszać. Ruszył szybkim krokiem w stronę końca korytarza. Tam czekał już na niego Kody. Na jego twarzy malowała się ciekawość, ale poczekał z podjęciem tematu do czasu, gdy zaczęli schodzić na niższe poziomy.
- Jestem na statku od pół roku i ani razu “księżniczka hackingu” się do mnie nie odezwała - Merik również wolał, aby traktowała go jak Kodiego. - Interesujesz wielu ludzi. Mnie i większość pancernych rekrutowali porucznik Telais i Verll.
- To jakaś różnica? - zapytał się Merik.
- Chyba żadna, żółtodziobie - uśmiechnął się Kody i ziewnął.
- Czy Uny..., znaczy się chorąży Telais i porucznik...
- To siostry. Kapitan obiecał pierwszemu, że jej siostra będzie tylko hackować na odległość, ale młoda sama się zgłasza do większości ciężkich misji. I jeszcze ten jej pancerz. Nikt w sektorze chyba takiego nie ma.
Merik próbował strawić cały sztorm informacji, jakie dzisiaj uzyskał. Gdy dotarli do kwater pancernych, większość już spała. Był tam jedynie Verll, który pokazał mu jego kapsułę - małą wnękę o metrze wysokości i szerokości oraz dwóch metrach długości. Merik zdjął buty i wskoczył do środka. Piankowy materac był zupełnie inny niż ten, na którym dodtąd spał, ale nie miał czasu na przyzwyczajenie. Natychmiast usnął.
- Masz swoje życzenie. Więc jesteś bohaterem.
Otworzył oczy. Światło było już zgaszone. Kto to powiedział? Nieważne. Tej nocy nie miał koszmarów.
Czarnowłosy mężczyzna przeglądał dane w holotabie. Dwóch jego towarzyszy w takich samych czarnych mundurach w ciszy czekało na to co powie. Obaj byli blondynami. Różniła ich jednak długość włosów. Jeden z nich był wedle regulaminu krótko ścięty. Drugi zaś miał długie włosy spięte w kucyk.
- I co z tego? - stwierdził Inkwizytor Brevis Alander - Rajd na kopalnie na jakimś małym świecie. Czemu milicja tym się nie zajmie?
- Rozkaz przyszedł prosto z dowództwa legionu - odpowiedział inkwizytor Nafren Dedalus o krótkich włosach.
- Analityk się czegoś dopatrzył? - zapytał się inkwizytor Nevus Lagrius, posiadach kucyka.
Brevis dalej przeglądał dane, aż w końcu uśmiechnął się.
- Twoje “dopatrzenie” Nev - pokazał mu sylwetkę chłopaka. - “Morderca i Terrorysta”.
Oblicze białego osiemnastolatka przykuło uwagę całej trójki.
- To nie jest popularne nazwisko - stwierdził Nafren. - Czas chyba udać się na Navathe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz