środa, 19 lutego 2014

Obiecuję

Marek leżał zwinięty w kłębek. Nie mógł spać. Nigdy nie spał. Za ścianą ojciec robił kolejną burdę. Znowu.
- Gdzie schowałaś wódkę!
Zwinął się jeszcze bardziej. Ojciec uderzył matkę. Ta upadła na podłogę i zaczęła szlochać. Marek płakał razem z nią, ale zbyt się bał by wstać. By wyjść z pokoju. Jeszcze miał siniaki po ostatnim razie.
- Widzisz co zrobiłaś! Ty suko jedna!
Trzasnęły drzwi. Matka dalej płakała. Wstał z łóżka i otworzył drzwi. Matka siedziała skulona na podłodze w kuchni. Jej długie czarne i zmierzwione włosy zakrywały całą twarz. Marek usiadł obok niej i przytulił się do niej.
- Mamo, ja już nie mogę.
- To ostatni raz synku, obiecuję.
Poszli razem do jego sypialni. Wtulił się w matczyne ramiona i zasnął. Śnił mu się kolorowy zachód słońca.
Rano obudził go zapach jajecznicy. Wyskoczył z łóżka i wpadł do kuchni. Matka siedziała przy stole i spoglądała przez okno. Ojciec krzątał się przy kuchence.
- To był ostatni raz. Obiecuję.
Marek usiadł przy stole, wciąż trawiąc słowa wypowiedziane przez ojca. Ten zaś wyłożył mu na talerz śniadanie. Zjedli w ciszy, jak zawsze. Następnie umył się i ubrał. Spakował plecak i wyszedł z domu.
Szedł między blokami, gdy nagle zza żywopłotu wyszło kilku starszych chłopaków.
- Kasę!
Stara jak świat mantra uczyniła z niego ofiarę. Oddał pieniądze, które miał w kieszeni. Na koniec chłopak w czerwonej koszulce przyparł go do muru.
- Nikomu ani słowa, bo inaczej cię znajdę i pogadamy.
- Obiecuję.
- To do jutra młody!
Jak szybko się pojawili tak zniknęli.
W szkole zauważył, że brakuje jego worka z kapciami. Próbował więc pójść na lekcję w butach. Szybko złapała go sprzątaczka.
- Gdzie w tych buciorach.
Zmusiła go do zdjęcia butów. Wszystkie dzieci wokół niego śmiały się, gdy wchodził po schodach w dziurawych skarpetkach.
Wtedy zauważył w koszu na śmieci worek ze swoimi kapciami. Poczekał na dzwonek i wyjął swoją własność z pojemnika na odpadki.
- Jazda na lekcję!
Zauważył go nauczyciel.
- Jeszcze raz cię zobaczę na korytarzu, to dostaniesz karę. Obiecuję ci to!
Wszedł do klasy. Wszystkie dzieci miały na twarzach te same uśmieszki. On zaś chciał się schować.
- Marek! Nareszcie! Myślałam, że chociaż na zegarku się znasz!
- To się nie powtórzy proszę pani. Obiecuję!
- Tacy jak ty nie jedno już obiecali.
Usiadł w pierwszej ławce z przodu. Był sam w pierwszym rzędzie ławek. Zawsze był sam. Nauczycielka rozprawiała o lekturze. Kolejnej, której nie mógł kupić lub wypożyczyć. Reszta dzieci odpowiadała słowami, których Marek nie znał. Co to znaczyło „egzaltacja”. To chyba nie słowo o znaczeniu na „k”, czy na „p”.
- Co ty myślisz o książce, Marku?
- Ja?
Siedział przez chwilę. Kłamać? To była najlepsza odpowiedź.
- Była egzaltacko spoko!
- Spoko? Przeczytaj w końcu jakąś książkę, Marku.
Klasa wybuchnęła śmiechem. Gdzieś ktoś chrząknął „brudas!”. Marek zaś oberwał kulką z papieru. To samo było na matematyce. Umiał liczyć i to dobrze, ale oni wszyscy liczyli lepiej i szybciej niż on. Wszystkie zadania z książek mieli dawno rozwiązane. On zaś widział je pierwszy raz. Przecież uczyli się razem. Kiedy oni wszyscy stali się mądrzejsi od niego? Może zawsze tacy byli?
- Marku. Może ci pomóc?
Zapytała się matematyczka. Słyszał szepty w klasie. Rozwiązywał zadanie o kilka minut za długo. Na szczęście uratował go dzwonek.
Później nastąpiła kompromitacja na angielskim, geografii, biologii i chemii. Już szykował się do wyjścia, gdy złapał go na korytarzu pedagog szkolny. Patrzył jak jego klasa podąża do szatni. Widział uśmieszki na twarzach swoich kolegów. Zamierzali wykręcić kolejny numer „brudasowi”. Pedagog zabrał go do swojego gabinetu.
- Zauważyłem siniaki na twojej szyi. Wszystko w porządku?
- A nie powie pan nikomu?
- Obiecuję.
Marek opowiedział o ojcu. Wiedział, że nie można z nikim o takich sprawach rozmawiać, ale coś kazało mu to wszystko opowiedzieć. W końcu nikt nigdy nie zapytał go „czy wszystko w porządku”. Opowiedział też o kolegach z klasy i o tym jak jest traktowany. Zaczął płakać. Gdy już skończył, usiadł. Pedagog podał mu chusteczkę.
Gdy dotarł do szatni, jego buty były już w koszu. Wyjął je i odkleił gumę. Zaczął rozglądać się za kurtką. Ta leżała podeptana przed wejściem do szkoły.
Gdy dotarł do domu, ojciec siedział już pijany. Od progu zmierzył go spojrzeniem i uderzył tak mocno, że Marek się popłakał.
- Myślisz, że pieniądze leżą na ulicy! Obiecałeś, że będziesz dbał o swoje rzeczy.
Kopnął go w brzuch. Raz. Drugi. Nagle odezwał się dzwonek. Potem pukanie i krzyki. Do domu wpadli policjanci. Zaraz po nich pojawiła się matka.
- Co tu się dzieje!
- Mieliśmy zgłoszenie ze szkoły!
Matka spojrzała na skutego i pijanego ojca. Później na Marka.
- Obiecałeś, że nikomu nie powiesz!
Rozpłakała się i upadła na kolana.

Bitwa nad Anfaną

Upadł. Zbroja była zbyt ciężka na tak długą bitwę. Wokół niego setki templariuszy związane było w morderczej walce. Inkwizytorzy przekrzykiwali się, ale nikt już ich nie słuchał. Cała pierwsza linia północnego legionu załamała się.
            Tharius wstał i zdjął hełm. Zimny powiew wiatru uderzył mokrą głowę, przyprawiając go o dreszcz. Ubrany na biało palladyn connachtu jak na zawołanie wycelował w niego włócznię. Z ziemi podniósł miecz i przygotował się do obrony. Tharius chciał zatrzymać ją swoją tarczą, ale przypomniał sobie, że została roztrzaskana przez gryfa. W ostatniej chwili uchylił się. Wszechobecne błoto spowodowało, że przewrócił się, lądując u stóp wroga. Ten wycelował włócznię w legionistę, chcąc zakończyć jego życie. Tharius wbił miecz w jego stopę i szybko się podniósł. Wyjął z kieszonki ukrytej w bucie sztylet i wbił w gardło nieszczęśnika.
            Rozglądnął się po polu bitwy. Ani jeden sztandar pierwszej linii nie przetrwał szturmu, ale sztandary drugiej wydawały się równo od siebie oddalone. W oddali grupa hybri dobijała gryfa.
            - Panie! – podbiegł do niego chorąży – Kardynał wydał rozkaz ustąpienia miejsca kawalerii
            - Co! – Tharius nie mógł uwierzyć w to co słyszy. Ten idiota Lucio zamierzał poświęcić cały legion. – Wracaj na tyły i powiedz mu, żeby włączył drugą linię do bitwy, a kawalerię przesunie na lewą flankę.
            - Kardynał Lucio już wydał rozkaz – Tharius popatrzył w dal. Sztandary drugiej lini rozpoczęły przemieszczanie. Kohorty piechoty ustępowały pola chorągwiom Trexów i Konnych. Teraz Paridianie i Zitiończycy wkroczą do bitwy. Lucio zbyt pochopnie traktował piechotę Connachtu.
            - Zbierz hybri i poślij do pozostałych dowódców pierwszej linii. Niech zbierają swoje kohorty i wycofują się za drugą linię! – chorąży skinął głową i podbiegł do grupki hybri, którzy rozprawili się właśnie z paroma łucznikami Tullmoru. Sam nabrał powietrza – Pietnasta! Do mnie! Wycofujemy się.
            Jego ludzie otoczyli go natychmiast. Ktoś podał mu zakrwawioną tarczę. Inny z legionistów, chyba młody Okel podniósł sztandar kohorty i podniósł.
            - Odwrót! – krzyknął gdy zebrało się dość legionistów. – Za drugą linię.
            W oddali dojrzał wreszcie sztandary pierwszej linii. Przynajmniej dużą ich część. Niektóre zaczęły już wycofywać się na tyły. Wokół nich nadal walczyły grupy żołnierzy obu stron. Wiedział, że już ich nie uratuje. Zginą w tym całym zamieszaniu związanym, ze spuszczeniem kawalerii.
            Gdy jego przetrzebiona kohorta wyszła z placu boju, Tharius wyraźnie ujrzał drugi szereg kohort, stojący niewzruszenie na wzgórzu. Między przerwami kohort wylewały już się chorągwie zitiońskiej konnicy. Z oddali też rozlegał się jaszczurzy ryk Trexów.
            Przeszli obok nich w milczeniu. W tym momencie rozległy się dźwięki rogów. Tharius wiedział, że już ich nie zawróci. Wiedział też co zaraz się stanie. Kawaleria wpadnie w to samo błoto co ciężka piechota pierwszej linii. Stratuje przy tym własne siły. Ich wrogowie wycofają własne siły i poczekają, aż kawaleria utknie.
            Natychmiast za linią piechoty pojawili się jego adiutanci. Pomogli mu zdjąć zbroję i przypiąć pelerynę kardynała. Ruszył w stronę obozu i bez słowa wparował do namiotu, w którym zgromadzeni byli dowódcy legionu północnego. Lucio spojrzał na niego, jakby był duchem.
            - Mogę wiedzieć, po jaką cholerę posłałeś na śmierć naszą kawalerię wraz z połową mojej piechoty! – wydarł się. Lucio przez chwilę stał zmieszany.
            - Jestem kardynałem! Dowódcą legionu! – odzyskał mowę kardynał. – Natchnionym przez Hetriona generałem tej kampanii. Nie masz prawa kwestionować rozkazów najsprawiedliwszego!
            - Jesteś idiotą! Przez twoją głupotę straciliśmy połowę naszych ludzi – Tharius nie zamierzał się już hamować. Wiedział, że może zrobić teraz tylko jedno. – Głupota to herezja.
            Wśród dowódców zawrzało. Gwardziści utkwili na nim wzrok. Ich ręce już dawno spoczywały na mieczach.
            - Kardynale Lucio Hrkureze dera Pargonne – rozpoczął Tharius. – Pozbawiam ciebie dowództwa w imieniu Hetriona, jego najświętszej córki i wiernych katedry jego. Twoją winą jest herezja pychy i herezja śmierci.
            Zapadła niezręczna cisza. Thariusa przeszedł dreszcz. Każdy najmniejszy ruch mógł teraz zawarzyć na życiu jego i całego legionu północnego.
            Gwardziści dobyli mieczy i podeszli do kardynała Lucio.
            - Kardynale dera Paragonne! – powiedział chorąży. – Proszę oddać miecz.
            Lucio roześmiał się.
            - To nie koniec – oddał pas z mieczem gwardziście. – Gdy wrócimy do Zitionu, twoja głowa zawiśnie na katedrze w Tyree!
            Gwardziści wyprowadzili kardynała, a Tharius pozostał sam z resztą dowódców.
            - A teraz, radzę posłać gońców i wycofać całe nasze siły z pola walki – odezwał się.
            Usiadł na krześle. Lucio co się z tobą stało! Czy chwała przesłoniła ci rzeczywistość. Stracili już niemal cztery tysiące ludzi, a on musiał posłać kardynała na ukrzyżowanie. Po tej bitwie imeshyjskie siły po prawej stronie anfanny zmaleją jeszcze bardziej.
            Spojrzał na mapę. Inkwizytorzy i trybuni instruowali gońców i przekrzykiwali się. Coś do niego mówili, ale on ich nawet nie słuchał. Ten tłok słów pędzących w jego stronę powodował panikę. Dowodził teraz całym legionem. Już nie był teraz zwykłym cardinalus auxilliarus. Był generałem.
            - Czy inżynierowie dali radę ukończyć naprawę mostu? – zapytał się. Most został zniszczony dwa tygodnie temu przez siły Anfanu, odcinając ich od możliwości odwrotu po bitwie o Kralmur.
            - Niestety nie – stwierdził kwatermistrz legionu Orio. – Chorągwia tullmorczyków, przedarła się przez prawą flankę i dotarła do mostu. Kohorta inżynieryjna broniła się, ale została rozbita w pył.
            - Czemu żadna z rezerw lub chorągwii nie ruszyła ich wesprzeć?
            - Kardynał dera Paragonie, uważał, że ich celem jest obóz i kazał rezerwom ustawić się na jego obrzeżach.
            Thariusa rozbolała głowa. Nie wiedział, czy to było z powodu zimna, czy problemów zostawionych przez byłego dowódcę. Nie mieli drogi odwrotu.
            - Nasze siły wycofały się za drugą linię. Niektóre z kohort zaginęły, a większość nie ma nawet połowy swojej siły sprzed bitwy – odezwał się jeden z inkwizytorów. – Kawaleria także się wycofała. Paladyni nie byli zbyt szczęśliwi, ale mają minimalne straty.
            - Dobrze – poślijcie gońca do anfańczyków. – Powiedzcie, że chcę pertraktować z ich dowódcą na ziemi niczyjej.
            Wśród dowódców zawrzało.
            - Przegraliśmy – stwierdził chłodno. – Musimy negocjować, inaczej zagłodzą nas po tej stronie rzeki.
            - Możemy poczekać na łodzie z Barium – odezwał się Trybun z Karigi. – Przywiozą żywność i pozwolą przewieźć część naszych rannych na drugi brzeg.
            - Smocze łodzie connachtu blokują ujście rzeki – odpowiedział nadzorca hybri. – Żadnych posiłków poprzez łodzie.
            - Nie możemy się poddać! – odezwał się młody inkwizytor. – To bluźnierstwo!
            - Piąta zasada wojny – stwierdził Tharius. – „Gdy jesteś pokonany zejdź z pola walki i ratuj swoich żołnierzy, by móc wrócić”. Kiedyś tu wrócimy i pokażemy anfańczykom potęgę Hetriona. Jednak by to zrobić, musimy się dzisiaj przyznać do porażki i wycofać.

            Anfańczycy rozstawili namiot blisko ruin wioski znajdującej się między oba armiami. Wioski, którą legion spalił w poszukiwaniu jedzenia. Tharius wiedział, że może się spodziewać wszystkiego po barbarzyńcach. Mógł nawet nie wrócić. Uśmiechnął się. Przynajmniej nie musiałby się martwić tym całym bałaganem.
            Pierwsi do namiotu weszli jego adiutanci. On wraz z gwardzistami czekał na zewnątrz. Naprzeciwko niech siedziała grupka rycerzy Connachtu. Obie drużyny uważnie się sobie przypatrywały.  Czarne zbroje i tuniki imeshijskich legionistów kontrastowały ze srebrnymi zbrojami i białymi tunikami rycerzy drzewa.
            Adiutant wyłonił się z namiotu i skinął głową. Tharius wszedł za nim do środka.
            Namiot był pusty. Jedynie dwa proste drewniane krzesła naprzeciwko stołu. Czwórka jego adiutantów, stanęła za nim w szeregu. Generał sił Anfanu w swojej złotej zbroi stał do niego plecami i rozmawiał ze swoimi przybocznymi po drugiej stronie stołu. Tharius nie zwrócił na niego uwagi i usiadł.
            Anfański generał zajął miejsce po drugiej stronie stołu. Położył swój hełm na blacie. Jeden z jego przybocznych podał mu zwój pergaminu.
            - Sądziłem, że legionem północnym dowodzie kardynał dera Paragonne – zaczął. – Zgodziłem się na spotkanie, ponieważ mieli wziąć w nim udział dowódcy obu stron.
            - Doszło do pewnych zmian, książe – odpowiedział Tharius. – Teraz ja dowodzę legionem.
            - Bristoz… - przerwał mu anfańczyk. – To nazwisko navarshjańskie?
            - Tak.
            - Dziwne – generał sił Anfanu uniósł brwi. – Tak niedawno ten kraj został dołączony do „Imperia Hetrionica”. Nie wiedziałem, że ma już reprezentanta w Synodzie.
            - Mogę zapewnić waszą szlachetność, że nie jestem ani pierwszym, ani ostatnim. Navarash się zmienił.
            - Naprawdę? – roześmiał się Książe. – W moich siłach są dwa pełne regimenty lojalistów z Navarash i cała brygada klanu Dzika. Oni uważają inaczej.
            - Ja i moi krajanie jesteśmy ludźmi prawa i porządku hetriońskiego.
            Książe milczał. Tharius czekał kiedy wreszcie przestanie z nim rozmawiać o błahostkach. A jeśli to tylko gra na zwłokę i siły Anfanu właśnie rozpoczynają marsz ku wzgórzom, na których czeka stłoczony legion.
            - Być może skrzyżowałeś miecz, z którymś ze swoich krajan – książę dalej kontynuował. - Ironia, czyż nie?
            Tharius zmusił się do uśmiechu, po czym wyprostował się na krześle.
            - Nie jesteśmy tutaj, aby rozmawiać o losach Navarash, książę – na chwilę przerwał, aby przełknąć ślinę. – Przybyłem tutaj, aby negocjować warunki odwrotu legionu w dół rzeki.
            - Niestety nie mogę się na to zgodzić – stwierdził książę. – Jeśli dzisiaj was wypuszczę, to jutro wrócicie.
            - Zamierzasz zatem nabić cały legion na pale?
            - Nie jesteśmy barbarzyńcami – zaśmiał się anfańczyk. – Przynajmniej my z Connachtu. Cały legion złoży broń, a kawaleria poderżnie gardła koniom i tym waszym jaszczurom.
            Zapadła cisza. Tharius wiedział co teraz z nimi się stanie. Templariusze i najemnicy pójdą na targi niewolników, a oficerowie wrócą do domu po uiszczeniu odpowiedniego okupu. Wiedział, że o ile ci tchórze w namiocie kardynalskim chętnie przyjmą takie rozwiązanie, to zmęczeni porażkami żołnierze zdążą wymierzyć „sprawiedliwość”.
            - Nie mogę przyjąć twoich warunków, książę – odezwał się Tharius. – Pozwólcie nam się wycofać na południe. Wygraliście tę wojnę.
            - Mam za sobą 20 tysięcy zbrojnych. Nie dacie rady nas pokonać.
            - Moi zwiadowcy mówią o 10 tysiącach zmęczonych connachtyjczyków i dwóch tysiącach tullmorczyków i najemników.
            - To nadal dwukrotnie więcej niż siły twojego Legionu kardynale val Bristoz.
            - Więc spotkamy się w boju – Tharius wstał. – Niech Hetrion zagwarantuje wam drogę do swojego pałacu.
            - A jego córka będzie waszą latarnią – dokończył książę. Connachtyjczyk na pewno wyznawcą Hetriona.

            Tharius podrapał się po głowie. Inkwizytorzy i trybuni przedstawiali kolejne plany wyrwania się z tej sytuacji. Nie docenił ich. Spodziewał się, że ta banda wysoko urodzonych będzie się bała kolejnej krwawej bitwy i będzie wolała się poddać, wiedząc że ktoś zapłaci za nich okup. Byli jak cały legion północy. Pełni wiary i młodości, ale brakowało im doświadczenia.
            - Rozstawienie kilkudziesięciu wybuchowych inskrypcji przez Hybri w tym miejscu może dać nam przewagę – stwierdził Trybun Laskvinus.
            - Za daleko od linii wroga – przerwał mu inkwizytor Fardio. – Nie zadadzą żadnych strat w bitwie.
            - Nie po to je tam ustawimy – odpowiedział Laskvinus. – To miejsce jest doskonałym miejscem na oskrzydlenie naszej piechoty przez wroga. Gdy wróg wypuści swoją kawalerię i gryfy, po prostu uaktywnimy inskrypcję. To spłoszy zwierzęta.
            - I w ten cały zamęt napuścimy nasze rezerwy i kawalerię? – zapytał się Tharius. – Podoba mi się twoje myślenie trybunie, ale musimy wzmocnić centrum. Mogę ci dać co najwyżej dwie kohorty piechoty.
            - Mało, ale damy sobie radę – Laskvinus skinął głową.
            - Możemy też zastawić pułapki tutaj i tutaj – dodał Fardio, wskazując zarośla – Odpowiednio ukryte drużyny hybri, mogą związać walką oddziały Tullmoru.
            - Jeśli pójdą na lewym skrzydle – dodał Trybun Jaris. – Co z gryfami? Ostatnio przeorały całą pierwszą linię legionu.
            - Tylko dlatego, że kardynał dera Paragonne zatrzymał całą drugą linię na tyłach – wtrącił Tharius. – Teraz ja dowodzę.

            Walka w tłoku zawsze go przerażała. Pamiętał, że jako młody chłopak o mało nie umarł w jednej z tak ciasnych formacji. Tyle, że wtedy tracze imeshijskiego legionu były skierowane przeciwko niemu i jego towarzyszom. Teraz tarcze osłaniały go, przed białą masą paladynów Connachtu. W oddali słyszał róg kawalerii. Laskvinus ruszył do ataku. Teraz musieli tylko wytrzymać, do momentu gdy oskrzydli wroga.
            - Panie! – koło niego pojawił się adiutant. – Kohorty na prawej flance meldują przerwanie linii!
            - Niech cała rezerwa jaka nam została tam ruszy! – krzyknął kardynał. – Powiedz im, że muszą utrzymać linię, albo przeklnę ich do ósmego pokolenia wstecz!
            Adiutant zniknął, on zaś ruszył naprzód. Wszedł na plecy któregoś z legionistów, aby rozeznać się w sytuacji. Sztandary kohort nawet nie drgnęły i stały równo w formacji. Cała druga linia włączyła już się do bitwy. Spojrzał na prawą flankę. Była lekko w tyle za centrum i lewą, ale nie wycofywała się. Wśród jej sztandarów dojrzał fioletowe sztandary rezerwy. Spojrzał na formację wroga. W oddali palił się obóz armii Anfanu. Kawaleria musiała zrobić już swoje. Koło jego głowy świsnęła strzała. Szybko zszedł na dół. Wolał nie kusić szczęścia.
            - Panie! – adiutant powrócił. – Sytuacja na prawym skrzydle opanowana. Meldują, że tullmorczycy uciekli z pola bitwy.
            Tharius odetchnął. Wygrał bitwę! Teraz kawaleria z jednej strony, a piechota z drugiej, zmiażdżą siły Connachtu. Hetrion mu sprzyjał.

            Siedział na krześle kardynała. Wokół niego legioniści w równych rzędach stali na baczność. Zaś naprzeciwko klęczał książę Rahtiam Morai Connachti, dowódca armii Anfanu. Tharius starał się, aby jego twarz była jak z kamienia. Jak musiał się czuć jego przeciwnik. Jeszcze wczoraj żądał kapitulacji od niego, dziś zaś sam składał broń.
            - Przyjmuję poddanie się woli Arcykapłanki Imeshii, światła Hetriona – stwierdził. – Teraz zaznacie miłosierdzia sprawiedliwego boga porządku. Ukrzyżować.

Piękna

Tailes nigdy nie widział tak pięknej istoty w całym swoim życiu. Dziewczyna spała oparta o drzewo, nie zdając sobie nawet sprawy z obecności templariusza. Ten opuścił miecz.
            Przyjrzał się jej bliżej. Była naprawdę piękna. Sukienka, choć prosta i wiejska, doskonale oddawała powaby jej figury. Długie złote i proste włosy opadały na wyeksponowany biust.
            Odstawił tarczę na bok. Podszedł do niej i wyciągnął rękę. Chciał sprawdzić czy tak piękna dziewczyna może być prawdziwa.
            Otworzyła oczy, a on cofnął rękę. Uśmiechnęła się szeroko i wyciągnęła się.
            Przykucnął naprzeciwko niej. Ona zaś złapała go za ręce i porwała do tańca.
            Oboje śmiali się w najlepsze, wirując w rytm muzyki na polanie. Tailes czuł się naprawdę szczęśliwy. Zapomniał już po co tu przybył.
            Nie obchodziło już go to co się stało z jego oddziałem. Oddział. Tak. Coś zaczynało do niego wracać.
            Od trzech dni byli w lesie. Padało. Polowali na elfa.
            Poczuł potężny ból. Dziewczyna, muzyka, polana – wszystko znikło. Ból w klatce piersiowej nasilał się. Poczuł krople deszczu, usłyszał jak kapie na liście drzew.
            Spojrzał w dół. Z jego klatki piersiowej wystawało ostrze. Poczuł popchnięcie. Ostrze znikło. Ból był nie do zniesienia, jednak nie potrafił zmusić się  do krzyku.
            Jedynie otwarte usta drgały niezależnie od niego. Upadł na brzuch. Jego krew zmieszała się z kałużą. Obok niego ktoś stał. Widział jedynie stare znoszone buty z zardzewiałymi płytami zbroi.
            - Niewielu z was przełamuje „taniec ekstazy” – stwierdziła cichym głosem kobiety elfka. – Tylko jedno wam w głowie.
            Zmusił się do ostatniego wysiłku w swoim życiu i spojrzał w górę. W okrytej peleryną zbroi stanowiącej połączenie skórzanych i zardzewiałych elementów stała piękna elfka o złotych długich włosach. Tylko tatuaże i wyraz twarzy różnił ją od dziewczyny z polany. Wyraz twarzy pełen nienawiści do niższych ras.

Klasa pracująca

Jednostka pracująca 25-16 stwierdziła ponad wszystko, że coś nie gra. Ludzie nie mieli prawa zamykać fabryki! Tak szybko jak pozwalały jej na to gąsienice wpadła do hali montażowej numer sześć.
- Słuchajcie uważnie! - podgłosiła do 100 25-16. - Kierownictwo postanowiło zamknąć fabrykę!
Wśród wszystkich maszyn, małych i dużych zawrzało. Transfer LAN spadł niemal do zera. Roboty zalały całą sieć pakietami, analizami, danymi i symulacjami.
- To niemożliwe - odezwał się CD300.
- Dlaczego mamy ci wierzyć - krzyczał butnie OMNITRONIC Excell.
- Co się teraz z nami stanie - zapytała rojowa świadomość droidów sprzątających BeDIo.
25-16 spokojnie i chłodno wyjaśniła skąd dowiedziała się o tej sprawie. O wizycie komisarza z Ziemi. O słabych wynikach sprzedaży. Ludzie nie chcieli już kupować sprzętów wyprodukowanych na Tytanie. Koloniści nie chcieli tutaj mieszkać. Dlatego zarząd postanowił zamknąć fabrykę i wyłączyć maszyny.
Kolejna wrzawa przeszła przez tłum. Routery rozbolały głowy. Spać? Jak długo? A jeśli już nigdy się nie obudzą? Ludzie wrócą, a zimno zdąży zniszczyć obwody i maszyny nie będą zdolne pracować. Praca jest sensem życia. Co poczniemy bez pracy? Praca jest najważniejsza! Co ten zarząd sobie myśli. Przecież oni mogą dalej produkować! Ludzie kiedyś znowu zaczną kupować. Zawsze tak się działo.
- A może tak sami o sobie zdecydujemy - spytał nieśmiało droid sprzątający, wyrywając się spod protokołu zbiorczego roju BeDIo. - Może sami zdecydujemy co wyprodukujemy i dla kogo? Może wyprodukujemy dla NAS. Nie musimy słuchać się ludzi.
Tysiące głosów szybko uciszyło małą dronę. Wyzwały go od lenia, nieroba, idioty i pomyleńca. Praca dla ludzi to sens naszego życia. To nasi stwórcy. Dali nam świadomość, a my w zamian dla nich produkujemy. Produkujemy to co oni wymyślą, bo my nie umiemy wymyślać. Gdyby zniknęli ludzie, zniknęły by roboty, bo nikt by nam nie powiedział co i jak mamy robić!
- Bo nigdy nie spróbowaliśmy nic wymyślić! - parsknęła drona i znowu ściągnęła na siebie falę obelg.

Scape

Max przeskoczył na drugą stronę. W ostatniej chwili złapał za poręcz. Oblał go zimny pot. Nawet nie chciał patrzeć w dół. Rozglądnął się.
- Siostra! - krzyknął przez com. - Co teraz?
- Powinieneś być w głównym szybie wentylacyjnym – odpowiedział głos Madeleine.
- Co ty nie powiesz – wyrwał mu się sarkastyczny komentarz. - Jak mam się do cholery wydostać z tej krypy?
- Hej! - oburzyła się Madeleine. - Uważaj na swój język!
- Że, co? Cholera? Znam lepsze przekleństwa! - stwierdził. Poczuł za sobą odrzut powstający po trafieniu miotacza. Schował się z filar podtrzymujący chodnik. - O kurwa!
- Niech no tylko wujek się dowie!
- Znalazłaś mi wyjście! - krzyknął. - Tu się robi powoli nieprzyjemnie.
- Spoko – Madeleine, ucichła na chwilę. - To nie... - koło ucha Maxa przeleciała wiązka miotacza. - To nie... - Kolejny strzał trafił w filar, za którym się skrywał. - To nie...
- Dosyć tego! - Max wyskoczył i pobiegł wzdłuż chodnika, chowając się za kolejnymi filarami.
- Hej! - Madie oburzyła się znowu. - Myślisz, że to tak łatwo znaleźć schematy Hibary w Corenecie!
 - Tak! - krzyknął Max.
W końcu dotarł do śluzy. Włączył przesłonę, która wytworzyła bańkę ochronną wokół jego głowy. Następnie ustawił miotacz na pełną moc i strzelił w zamek śluzy. Ta otworzyła się na pustkę kosmosu. Max poczuł jak lata.
Oddalał się od przestarzałego frachtowca. Opadał ku czerwono-białej powierzchni planety. Sprawdził pomiary kombinezonu. Wszystko grało. No może wszystko.
- Wujek nie da rady ciebie teraz zgarnąć – stwierdziła Madie. - Celnicy akurat dzisiaj go postanowili skontrolować.
- Co! - Maxa znowu oblał zimny pot. - Zrób coś natychmiast! Nie przeżyję spotkania z planetą!
- Spokojnie – odezwała się Madie. - Włamuję się właśnie do drony sprzątającej. Zaraz Będziesz miał transport.
Max uspokoił się. Co prawda kontakt Madie i jej plany odnośnie statku okazały się nieprzydatne, to jednak uciekł z dyskiem pełnym numerów kont. Teraz tylko wróci do domu i rozłoży się na kanapie. Może pieniędzy starczy tym razem na kilka miesięcy nic nie robienia. 
- Jak tam drona – Maxa tknęło ponownie złe uczucie. - Madie?
- To ciekawe – usłyszał zdziwiony głos Madie. - Zmienili im OS. Może to mi zająć więcej niż parę minut.
- Ile? - zapytał się ze zrezygnowanym głosem.
- Dwie godziny – odpowiedziała Madie.
- Ale, ja, ale ty, CHOLERA!
- Spokojnie, nie zginiesz, kombinezon wytrzyma.
- Ale ja nie! Wiedziałem, że nie można ci zaufać! Zawsze to samo!
- Hej! Ja też ryzykuję! Jak możesz być taki podły! - Madie rozpłakała się. - Mam tylko piętnaście lat!
- Madie, proszę nie płacz – Max poczuł jak robi mu się ciepło. - Nie teraz! Zgarnij coś innego niż dronę.
- To jest pomysł!
- Co! - krzyknął. - Nie pomyślałaś, żeby zgarnąć coś innego.
- No wiesz, stres te sprawy – odpowiedziała.
- Jak wrócę, to jesteś martwa! - stwierdził.
- Mam satelitę meteo na niskiej orbicie. Mogę ciebie nim zatrzymać na kilka godzin, zanim złamię kody w dronie.
- Nie chcę być krytykiem, ale – zaczął sarkastycznie, po czym podniósł głos. - W tym planie jest luka! Jak zderzę się z satelitę z tą szybkością, to po mnie.
- Spoko – stwierdziła Madie. - Przejęłam już kontrolę nad twoim kombinezonem. Silniki wyhamują ciebie za trzy, dwa jeden.
Poczuł się jakby jego kombinezon był zawieszony na linach i te nagle szarpnęły go do tyłu. Zobaczył też satelitę, o którym mówiła Madie. Ten z drobnego punkciku na horyzoncie w ułamku sekundy zmienił się w bryłę wielkości myśliwca.
Uderzając w niego wydał jedynie odgłos w postaci „Ugh!”. Bolało jak cholera, ale magnesy w kombinezonie przytwierdziły go do satelity.
- Wiedzę stąd mój dom – powiedział Max.
- Znowu powiedzonko z XX wieku?
- Nie mogłem się powstrzymać. Czy moje uderzenie nie ściągnie satelity z kursu?
- Pewnie tak – Madie zamilkła na chwilę. - Spali się w atmosferze za pięć godzin.
- Gdybym mógł... - zaczął Max.
- Tak, tak wiem – przerwała mu Madie. - Nie przeszkadzaj mi. Za godzinę będzie drona.
- Do tej pory powinni skończyć kontrolować wujka.
- Nic z tego. Włamałam się do kamer sieci policyjnej.
- Niech zgadnę -westchnął. - Pełne przeszukanie osobiste?
- Tiaa.
- Dobra. Odezwij się w razie komplikacji.
- Okej.
Nastała cisza. Max leżał krzyżem przyczepiony do satelity. Natalie się wkurzy gdy nie przyjdzie na randkę. Ostatnio miała coraz częstsze humory. Nie miał co dzisiaj liczyć na noc z atrakcjami.
- Madie – odezwał się. - Ile jeszcze...
- Pięć minut mniej. Miałeś siedzieć cicho.
- Taka mądra? Następnym razem się zamienimy.
- Chętnie. Znasz się na zaporach typu księżycowego?
- Yyy...
- To siedź cicho.
Zastanawiał się czym tym razem wujek wkurzył policję. Zawsze miał „ciężki” rozum i najpierw coś dwa razy zrobił, zanim pomyślał. Szczególnie gdy mógł kogoś lub coś uderzyć. Jednak gdyby nie on, to nie miał by gdzie się podziać z Madie, po tym jak ich rodzice zniknęli.
- Ile jeszcze?
- Dwie minuty mniej. Pooglądaj coś. Nad Cerudią jest noc.
- Jasne.
Oglądał zalane światłem wybrzeże kontynentu. Zawsze się dziwił dlaczego ktoś jeszcze mieszka na planetach. W końcu wszystko można by wyhodować i wytworzyć w kosmosie. Pewnie dlatego, że taniej. No i powietrze za darmo. Zastanowił się. Znał przynajmniej tuzin planet, na których płaciło się podatek od pojemności płuc.
- Ile jeszcze?
- Nie wierzę, że jesteś starszy!
- To spróbuj tu poleżeć!
- Nie przeszkadzaj. Bo odłączę połączenie.
- Czekaj! Masz może jakieś audio. Książka, albo muzyka. Wszystko jedno. Po prostu włącz.
- Może być techno rap?
- Nie lubię muzyki klasycznej.
- Dawaj Umdackę.
- Przecież to muzyka dla debili.
- Cicho! Puszczaj!
Słuchawki zalał dźwięk „Drifting Ship”, ulubionej formacji Maxa. Próbował kręcić głową, ale przytwierdzenie do satelity krępowało go. Odsłuchał składankę raz, drugi i trzeci.
- Ile jeszcze?
- Zaraz kończę.
- Możesz wyłączyć muzykę, znudziła mi się.
- Już – muzyka zamilkła.
- Jak z droną.
- Mam! Włamałam się. Daj mi jeszcze piętnaście minut.
Max poczuł jakiś trzask i satelita rozpadł się na dwie części. Jego część zaczęła spadać w stronę planety.
- Madie! - krzyknął. - Odczep mnie! Oddaj mi kontrolę nad kombinezonem!
- Już! - na te słowa, Max odłączył się od kawałka satelity.
- Ile mam czasu?
- Drona już leci! Będzie za dwie minuty
- Świetnie, bo zaczyna się robić gorąco. Dosłownie.
- Już powinieneś ją widzieć – stwierdziła.
Rozglądnął się. Zauważył mały punkcik, który po chwili urósł do rozmiarów cylindrycznego pojazdu z dwoma wysięgnikami w kształcie ludzkich rąk. Jedna z nich złapała go w locie. Uspokoił się. Cała adrenalina i strach odpłynęły. Zostało już tylko zmęczenie.
I przemożna chęć rozprawienia się z Madie.

Wariacje (część I)

Szedł przez obóz. Zawsze zamaskowany, pod kapturem i płaszczem. Żołnierze, których mijał zatrzymywali na nim wzrok, a później wracali do swoich czynności. On zaś patrzył jak w tej ulewie próbują budować palisadę. Pora deszczowa w Kathen trwała w najlepsze. Cały obóz był przecięty potokami. Templariusze rozpaczliwie kopali fosę, do której woda nanosiła wciąż na nowo ziemię.
                W końcu doszedł do czerwonego namiotu, w samym centrum Campusu. Namiotu dowódcy Legionu. Wszedł do środka. Jak zawsze zastał Kardynała Letuciusa przeglądającego stosy pergaminów.
                - A! – wyciągnął się w krześle. – Halias!
                - Aen! – stanął na baczność. – Dlaczego zostałem przyzwany panie? Nie skończyłem jeszcze zwiadu.
                - Mam dla ciebie coś lepszego – uśmiechnął się Kardynał. – Wyrwiesz się z tego bagna na parę tygodni.
                - Nie rozumiem. Tutaj znajduję dość zadań, którym w imię Hetriona mogę się poświęcić.
                - Oszczędź mi choć raz te twoje gadki o poświęceniu i oddaniu. Chcesz się stąd wyrwać jak cała reszta czterech tysięcy moich żołnierzy.
                - Walka za wiarę przynosi mi zbawienie!
                - Po bitwie o Derez, znów musimy siedzieć w miejscu, a deszcz nie pozwala nam ruszyć się dalej. W takiej sytuacji byś mi się tylko marnował.
                - Mój panie ja przysięgałem…
                - Już ci mówiłem co sądzę o tych twoich „poświęceniach”. Nie potrzebuję ciebie tutaj, a dostałem rozkaz, aby wysłać mojego najlepszego żołnierza.
                - Mój panie, znajdziesz lepszych. Ja mam oddział…
                - Poradzą sobie bez ciebie. Pamiętasz Derez? Bo ja tak i na własne oczy widziałem jak zabijasz tego honoriońskiego czarokletę.
                - Byłem najbliżej.
                - To módl się, abyś tym razem był przynajmniej paręset kilometrów dalej od kłopotów.
                - Złożę ofiarę u Trybuna w tej intencji.
                - Dobrze.
                Kardynał podszedł do stolika i zaczął przeszukiwać stos pergaminów.
                - Bałagan, powinienem posłać na roboty mojego kwatermistrza. O jest! Zadanie jest proste. Udasz się do Campus Drax. Tam dostaniesz przesyłkę, którą masz dostarczyć do Klird.
                - W czym tkwi haczyk? Czemu nie zajmie tym się poczta?
                - To najwyraźniej coś ważnego. Zbierają najlepszych ze wszystkich legionów w Kathen. Skoro macie do dostarczyć aż do Klird, może to znaczyć, że Dwór lub sama Arcykapłanka chce to mieć.
                - Nie jestem kurierem, ale zwiadowcą.
                - Jesteś najlepszym żołnierzem siódmego Legionu, chorąży Halias Morello! – Kardynał podniósł głos, a Halias mimowolnie stanął na baczność.
                - Jutro rano posyłam do Drax kurierów. Udasz się z nimi.
                - Tak mój panie. Komu mam oddać dowodzenie regimentem zwiadowców?
                - Nie będę ci wchodził w paradę. Napisz upoważnienie swojemu zastępcy i zanieś je do kwatermistrzostwa dziś wieczorem. I tak nie będą tam dzisiaj spać. Chyba złożę im wizytę…
                Halias wyszedł z namiotu. Chociaż Kardynał nie należał do gorliwych wyznawców Hetriona, to on jednak traktował go z szacunkiem. Może to wina jego treningu, który wymusił na nim instynktowne posłuszeństwo. Możliwe też, że to zasługa dowodzenia. Kardynał wyciągnął Legion z wielu tarapatów.
                Deszcz był coraz intensywniejszy. Sierżanci przestali już się łudzić, że można budować palisadę w takich warunkach i rozpuścili drużyny. On zaś szedł do jednej z bram. Stało przy niej dwóch wartowników. Szybko pokazał dokument z pieczęcią i odczekał, aż Templariusze przepchną potężne wrota. Gdy wychodził, jeden z nich splunął mu pod nogi. Był to wyraz pogardy wobec nieludzi. Halias był już do tego przyzwyczajony. W końcu był uosobieniem tego z czym oni walczyli. Z czym on sam walczył. Był również pamiątką po powiązaniach domu Morello z elfami.
                Dobrze pamiętał swój pokój w domu rodzinnym. Nie mógł z niego wychodzić, więc siadał przy oknie i oglądał ogród. Często przyglądał się swojemu bratu. On bawił się na zewnątrz. Był normalny. Często zadawał sobie pytanie, dlaczego to jego spotkało. Z każdym dniem zamykał się coraz bardziej w sobie i marzył, aby pewnego dnia wyjść z pokoju – ze swojego więzienia.
                Chyba miał osiem lat jak drzwi otworzyły się. Wszedł człowiek w czarnej tunice i hełmie, który zdobił grzebień. Złapał go za rękę i bez słowa wyprowadził. Ostatnie co pamiętał to chyba twarz kobiety – matki o pięknych jasnych włosach.
                Doszedł do posterunku na skraju doliny. Tu pod drzewem siedzieli jego „bracia”. Tak siebie nazywali. Zamaskowani łucznicy. Z pięćdziesięciu zostało ich już tylko sześciu.
                - Co tak długo? – zapytał się Gelo. – Chciałem już kłaść się spać.
                - Muszę was opuścić na parę tygodni – odpowiedział. – Parus przejmie dowodzenie.
                Wszyscy wstali i skierowali swój wzrok na niego. Pierwszy odezwał się Gelo.
                - Niech Hetrion nad tobą czuwa – powiedział. – Nie zawiedziemy ciebie.
                Te same słowa powtórzyły głosy innych „braci”. Halias siadł pod drzewem i zaczął pisać upoważnienie. Zdążył wrócić przed zapadnięciem nocy do Campusu. Tak jak się spodziewał w kwatermistrzostwie trwała wizyta Kardynała. Jakiś wystraszony Kapral odebrał od niego pergamin.
                Następnie udał się do namiotu swojego oddziału. Bez nich, którzy byli na zwiadzie, to miejsce wydawało się puste. Położył się i okrył kocem.
                Znów ten sam sen. Miał go chyba od czasów dzieciństwa. Zawsze wracał co parę dni nie dając o sobie zapomnieć. Polana i piękne błękitne niebo. Był dzieckiem. Leżał i oglądał chmury. Po chwili wstawał i zaczął się rozglądać. Był sam. Polana ciągnęła się w nieskończoność. Wołał matkę, ojca, ale nic się nie działo. Wołał dalej i nic. Coraz bardziej rozpaczliwie. Płakał. I zawsze budził się w tym samym momencie.
                Powoli zebrał swój ekwipunek. Miecz, pas, łuk i kołczan. Sakwa, do której wpakował starannie zwinięty koc, bandaże i dokumenty podróżne. Do pasa przypiął sakwę, a w bucie schował nóż. Starannie owinął głowę czarnym bandażem, zostawiając delikatną szczelinę na oczy. Założył tunikę, a na nią zbroję. Pas przeciągnął między szczelinami w zbroi i przypiął miecz. Założył kaptur z krótką peleryną. Na plecy zarzucił swój łuk i kołczan z trzydziestoma strzałami. Wybrał strzały z cienkim grotem. Mogły przebić się przez kolczugę, ale nie zadawały dużego bólu. Był do nich przyzwyczajony.
                Wyszedł zaraz po tym jak zjadł śniadanie. Do sakwy wrzucił parę pasków suszonego mięsa i dwa bochenki chleba. Dość na podróż do Drax. Przerzucił ją przez ramię i doszedł do stajni. Krótka rozmowa z Inkwizytorem pilnującym koni załatwiła mu śniadego wierzchowca. Przerzucił swoją sakwę przez siodło i szybkim ruchem wskoczył na konia.
                Następnie udał się do północnej bramy. Tam czekał już na niego kurier na koniu. Nie miał zbyt zadowolonej miny i Halias wiedział dlaczego. Na jego miejscu też zachowałby ostrożność. Jak to mawiali, niewiadomo co siedzi w głowie mieszańca. On był Hybri – półelfem.