środa, 19 lutego 2014

Route Guard - część I: Boy meets grrrl

Wszystko płonęło. Merik próbował zaczerpnąć powietrza, ale dym wdzierał się do jego ust, zmuszając do kaszlu. Wtulił się mocniej w objęcia swojego ojca. Bał się. Jak nigdy w życiu. Ten strach był tak paraliżujący, że odebierał dziecku chęć do płaczu.
Kolejna eksplozja wypchnęła go z objęć ojca. Przez chwilę zobac
zył przerażoną twarz rodzica. Następne co pamiętał to upadek. Ból w nodze jakby odblokował jego oczy, do których momentalnie nabiegły łzy.
- Mama! - zawołał. - Boli!
Nikt nie odpowiedział. Otworzył oczy i spojrzał przed siebie. Jego rodzice leżeli na ziemi, wśród zgliszczy czegoś co było kiedyś sklepem zaopatrującym kolonię. Nie ruszali się. Chłopiec podszedł do ojca i zaczął nim potrząsać w nadzei, że ten zaraz wstanie. Nic z tego. Spojrzał na swoje ręce. Były całe zielone. Zaczął płakać i wrzeszczeć z całych sił.
Poczuł za sobą silny podmuch. Odwrócił się natychmiast i dojrzał dwóch templariuszy. Mieli czarne bitewne pancerze i długie smukłe tarcze ze złotymi klejnotami po środku. Jeden z nich wyciągnął rękę w kierunku chłopca. Ta zakończona była działkiem, zabarwionym przez plazmę na szkarłatny kolor.
Zaczął oddychać głęboko. Czuł każde pojedyncze bicie swojego serca. Czas nagle zwolnił. I do tego to zimno. To przenikliwe odbierające jakąkolwiek nadzieję zimno. Łza poleciała Merikowi po policzku.
Światło w działku wystającym z ręki zwiększyło swój rozmiar. Merik zamknął oczy. Ogarnął go podmuch gorącego powietrza. Otworzył oczy. Templariusze lężeli na ziemi.
- Przepraszam - usłyszał głos w oddali. - Przepraszam.

Nie lubił nocy, gdy śnił mu się ten koszmar. Nie był to jednak zwykły koszmar. Raczej głęboko skrywane wspomnienie z przed dziesięciu lat. Z dnia inwazji. Wstał i zszedł ze swojego piętrowego łóżka, tak, aby nie obudzić śpiącego na dole Dex’a. Ich pokój był mały, ale było ich stać tylko na dwanaście metrów kwadratowych, tak samo jak wielu innych robotników w kopalniach.
Usiadł przy biurku służącym im zazwyczaj jako stół. Sprawdził ekspres do kawy. Wkład już się kończył, ale powinien starczyć na jeszcze parę razy. Po cichu i w ciemności poczekał, aż jego kubek wypełni się czarną substancją, najtańszą jaką można dostać na Navathe Ir. Następnie wyszedł przez okno i usiadł na małym balkoniku.
Wokół niego piętrzyły się bloki osiedla górniczego. Chociaż różnych kształtów, wszystkie bloki były wykonane z metalowych płyt. Na każde malutkie mieszkanie przypadało jedno okno z balkonem. Merik popatrzył w prawo ku majaczącym na horyzoncie wierzchołkom gór Arwadena. Jako dziecko był tam dwa razy ze swoim ojcem. Teraz milicja nie wypuszczała nikogo z miasta bez stosownej przepustki.
Spojrzał na swój holotab. Dzisiaj był ten dzień. OS pogratulował mu osiemnastych urodzin. Mocno przetrał oczy i wrócił do środka. Wdrapał się ostrożnie do łóżka i zwinął w kłębek. Chciał zasnąć najszybciej jak mógł. Przenieść się gdzieś indziej, gdzie nie ma imeshian i kopalń. Gdzieś, gdzie mógł być wolny.

Ranek jak zwykle pojawił się za wcześnie. Dex ziewnął i przez roztargnienie zamiast tosta wrzucił plasterek sera do mikrofali. Merik w porę wyłączył kuchenkę.
- Mógłbyś trochę uważać - zaczął. - Później trzeba by to było wyczyścić.
- To tylko ser, a ty się zachowujesz jakbym powystrzelał ci bli...
Przerwał w połowie zdania, ale Merik zdążył już zrozumieć.
- Przepraszam - Dex podniósł ręce do góry i zaraz zmienił temat. - Wszystkiego najlepszego stary. Dziś postawię ci kemockie w “Okoniu”.
Merik zmierzył współlokatora wzrokiem.
- Czytaj “znowu zaniesie mnie do domu jak się spiję” - powiedział cicho.
- Co to za picie jak nie możesz sprawdzić ile dasz radę wypić - wzruszył ramionami Dex.
- Lepiej się zbierajmy, bo spóźnimy się do pracy.
Oboje wstali od stołu, który jak zwykle zawalony był resztkami i opakowaniami po jedzeniu. Ubrali ciężkie górnicze buty i szare robocze kurtki. Na głowy założyli fioletowe czapki - znak rozpoznawczy dziesiątej kopalni, w której pracowali.
Merik położył dłoń na płaszczyźnie drzwi, a te natychmiast schowały się w ścianie. Zaraz gdy opuścili swoje mieszkanie, drzwi natychmiast pojawiły się z powrotem na swoim miejscu. Wepchali się jako ostatni do zatłoczonej windy i zjechali dwanaście pięter w dół. Stamtąd czekał ich kilometrowy spacer do bram kopalni.
W porannych godzinach mieszkańcy kolonii wylegli na ulice jak stado mrówek. Wszyscy kierowali się ku którejś z jedenastu kopalnii, wydobywających mithrilum.
Merik nie widział niczego poza tym tłumem, budynkami i niebem. Lubił oglądać wzbijające się w powietrze frachtowce. Niezdarne kolosy wywożące rudę na nieznane światy w sektorze Imeshii. Ze ścian budynków patrzyły na niego hologramy atainów - wirtualnych kobiet, które dzień w dzień powtarzały nauki zakonu Hetriona.
-...obcy przynoszą śmierć... - stwierdziła nieprzytomnym głosem rudowłosa dziewczyna o pustym spojrzeniu. - ...mamią obietnicami o wielkości, pokoju, dobrobycie, a później odbierają duszę.
- Jakby ona wiedziała co to dusza! - parsknął Merik.
- Ciszej! - Dex wskazał na grupę milicjantów w pancerzach bojowych. - Chcesz wpakować się w kłopoty.
Merik znał tylko podstawy wiedzy o pancerzach. Kombinezon z cienkiej mithrilowej membrany, pokryty płytami ceramicznymi, naszpikowany elektroniką, generatorami tarcz kinetycznych, antygrawitacji, napędem. Te w posiadaniu milicji, to stare “Route Guard’y”, odziedziczone jeszcze po siłach obrony planety. Łatwe do naprawy i produkcji, ale stały się przestarzałe jeszcze przed narodzinami Merika. Nie nadawały się do walki, chyba, że przeciwnikiem byli cywile, tacy jak oni.
- Zdrajcy! - szepnął do Dex’a.
- Po prostu chcą się stąd wyrwać - odpowiedział mu Dex. - Nie dziwię się im.
Parę lat wcześniej Imeshianie rozpoczęli tworzyć milicję. Obiecywali tym, którzy zechcą wstąpić, możliwość opuszczenia Navathe i udania się do jakiegoś rajskiego świata w Imeshii. Obiecywali również, że milicja będzie miała autonomię w utrzymywaniu porządku na planecie. Nadzieje były jednak przedwczesne i skończyły się, gdy milicjanci równie brutalnie jak imeshianie potraktowali górników. Jakby zapomnieli o tym kim byli.
-...hacking niszczy duszę... - kontynuowała atainka. - ...daje złudzenie wolności, a uzależnia i zniewala...
W końcu dotarli do bram zakładu. Resztę dnia spędzili na pracy. Merik choć starał się najmocniej jak mógł, to nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jego całe życie jest bezcelowe, a ci których najbardziej nienawidzi, nie wiedzą nawet o jego istnieniu.

Stary kanał miejski nie był używany od niemal dekady. Choć zaraz po zdobyciu planety imeshianie zapędzili wszystkich do odbudowy zniszczonych umocnień przeciwpowodziowych, to otaczający kanał park nigdy nie odrodził się po bombardowaniu i pożarze.
Merik siedział pod kładką dla pieszych przy wylocie kanału ściekowego. Słońce zaczynało chować się za horyzontem. Dex klepnął go w ramię i podał puszkę kemockiego.
- Zastanawiałem się gdzie poszedłeś po pracy - usiadł koło niego. - Chowasz się tutaj w każde urodziny.
- Po cholerę nam takie życie.
- Znowu zaczynasz. Odpuść sobie w końcu.
- Co mam odpuścić? - niemal krzyknął. - Wszyscy wokół nas sobie odpuścili, to my też mamy? To, że jesteśmy niewolnikami, że nasi najbliżsi zapłacili życiem za to wszystko?
- Chłopie! - Dex podniósł głos. - Przestań się nad sobą użalać. Weź się w końcu w garść! Dzień w dzień ta sama śpiewka! Ja też straciłem rodzinę, też nie chcę tak żyć, ale się z tym pogodziłem. Każde życie jest ważne!
- W takim razie nie chcę żyć! - stwierdził Merik i wstał.
- Przeniosłem moje rzeczy do mieszkania Eryi - Chłodno stwierdził Dex. - Wyprowadziłem się. Staramy się o pozwolenie na założenie rodziny.
Merik spojrzał mu prosto w oczy. Dex’a poznał gdy mieli po dziewięć lat, po inwazji. W sierocińcu Dex zawsze płakał i nie mógł przeboleć straty najbliższych. Inne dzieciaki pastwiły się nad nim, dopóki Merik nie zaczął go bronić.
Ten Dex, tu i teraz był jednak inną osobą. Ze zgliszczy ich świata próbował zbudować sobie nowy, nową przyszłość. Miał nadzieję na odmianę losu. Merik zaś szukał sobie kłopotów.
- Zaprosiłbym ciebie na uroczystość weselną, ale wiem, że nie lubisz obrzędów hetriońskich - wstał i wyrzucił pustą butelkę do wody. - To chyba czas, aby się pożegnać.
Po co to mówił? Przecież będą się widzieć codziennie w pracy.
- Wstępuję jutro do milicji - Merik poczuł jakby nagle w jego ustach zapanowała susza. - Dzięki temu będę miał większe szansę na pozwolenie i większe mieszk...
Nie dał skończyć Dex’owi. Jego pięść spotkała się z twarzą jego przyjaciela. krople zielonej krwi opuściły jego twarz.
- Zdrajca! - krzyknął i uciekł jak małe dziecko.
Biegł wzdłuż kanału i zanim się spostrzegł był już pod swoim blokiem. Eryia! To jej wina! Ta czarnowłosa tyczka zmusiła jego przyjaciela do tego wszystkiego! Wpadł do swojego mieszkania, mając nadzieję, że Dex jeszcze nie zabrał swoich rzeczy. Sam mu je wyrzuci. Włączył światło. Pokój był posprzątany. Zniknęły rzeczy Dex’a.
Wyciągnał i włączył swojego holotaba. Jedna nowa wiadomość. Od Eryi. Jej hologram pojawił się przed nim.
- Cześć Rik - uśmiechała się do niego. - Pomogłam Dex’owi zabrać jego rzeczy. Posprzątałam też trochę, bo mieliście taki bałagan, że jeszcze trochę, a powstałyby nowe cywilizacje! Jak będziesz miał ochotę to wpadnij do nas. Jesteś zawsze mile widziany.
Rzucił holotabem w ścianę i wdrapał się do swojego łóżka. Skulił się.

Kolejny dzień. Stado mrówek pędzących do swojej pracy. Merika to denerwowało. Miał ochotę z tym wszystkim skończyć.
- Po co żyję? - szepnął.
- ...żyjemy dla Hetriona - stwierdziła atainka. - Żyjemy dla niego i dzięki niemu.
- Kłamstwo! - Jego głos zabrzmiał jeszcze ciszej. Nawet jeśli nienawidził swojego życia, to za bardzo się bał, aby cokolwiek zrobić.
- ...Hetrion nie kocha tchórzy, on kocha bohaterów!
To nie była zwyczajowa kwestia atainów. Spojrzał do góry na hologram. To nie była ta sama rudowłosa blada dziewczyna. Ta miała złote oczy i białe włosy. Ich wzrok się spotkał. To niemożliwe! Hologramy nigdy nie patrzyły nisko w tłum.
- Merik - usłyszał swoje imię. - Jesteś bohaterem, czy tchórzem?
Rozglądnął się po bokach. Nikt nie zwracał uwagi na to co się działo. Tłum parł przed siebie, jakby omijając go. Nikt nie próbował go potrącić, choć stał bez ruchu na środku drogi. W oddali grupka milicjantów śmiała się z jakiegoś żartu.
Spojrzał ponownie do góry.
- ...wiara w bogów prowadzi do rozpaczy... - zamiast białowłosej atainki, znowu znajoma ruda wygłosiła kolejną radę. Parę osób potrąciło go, a ktoś rzucił przekleństwem, po czym dodał, że nie stoi się na środku drogi.
Zaczął iść i rozmyślać. Co się do licha stało?
- Hej mówię do ciebie! - usłyszał krzyk. - Głucha jesteś!
Przed nim stała cała grupa górników, oglądająca jakieś wydarzenie. Szybko przepchnął się do przodu. Trzech milicjantów przepytywało jakąś dziewczynę. Mieli na sobie czarne pancerze “Route Guard” z karabinkami plazmowymi doczepionymi do rękawic. Na ich hełmach były wymalowane zielone lisy - legendarne istoty z Navathe.
- Twoje ID! - krzyknął jeden z nich, ale dziewczyna nie zareagowała.
Nawet biorąc pod uwagę, że mężczyźni byli w pancerzach, dzięki którym wydawali się wyżsi i więksi, to dziewczyna była naprawdę mała. Miała fioletowe, któtko ścięte włosy. Jej sylwetkę zakrywał brązowy płaszcz.
- Liczę do trzech - milicjant skierował swój karabinek w jej stronę. Gapie zaczęli  uciekać - Raz...
- Connect wireless - powiedziała cicho. Merik stał jak sparaliżowany.
- Co do cholery? - stwierdził milicjant.
- Connection established - mówiła dalej. Merik znał ten język. Już go kiedyś słyszał.
- Czy to code? - odezwał się kolega celującego milicjanta.
- Connection granted - kontynuowała.
- Giń su... - milicjant nie skończył. Celując do dziewczyny, nie zauważył, że stoi na tarczy hydrantu przeciwpożarowego. Ten wyskoczył spod ziemi wyrzucając go do góry.
Dziewczyna zrzuciła płaszcz. Pod nim ukryty był smukły pancerz bojowy w zielono białych barwach. Sześć małych rakietek opuściło minaturowe wyrzutnie na jej udach. Dwie z nich trafiły lecącego w górze milicjanta. Reszta pomknęła ku jego kolegom. Wszyscy padli w ułamku sekundy.
- Faza pierwsza rozpoczęta - stwierdziła, po czym dodała. - Rozumiem.
Merik obejrzał się wokoło. Wszyscy uciekli. Reszta górników zniknęła. Gdzieś w oddali słyszał eksplozje.
Dziewczyna podeszła do odrzuconego płaszcza i rozerwała go. Wyjęła z niego dwie połówki swojego hełmu. Merik spojrzał na nią i przypomniał sobie słowa białowłosej atainki.
- Hej! - krzyknął, zwracając na siebie  jej uwagę. - Nie wiem co planujesz, ale chcę pomóc!
Co on wyprawiał! To szaleństwo! Na jej miejscu postrzeliłby siebie za taki tekst.
- Zmiataj stąd - odpowiedział mu metaliczny głos z wnętrza hełmu. - To nie miejsce dla górnika.
Podmuch wiatru przerwał im rozmowę. Nad ich głowami zawisł czarny powietrzny czołg. Merik nie mógł się ruszyć, a dziewczyna gdzieś zniknęła. Był sam. Czołg skierował przeciwko niemu swoje wielolufowe działko, które zaczęło wirować. Miał to czego chciał. Jego życie właśnie się skończyło.
Całe jego kończące się życie przeleciało mu teraz przed oczyma. Dzieciństwo w kolonii. Ojciec uczący go starożytnego języka programowania, zwanego code. Pikniki w parku i ciasta jego matki. Inwazja. Płonące miasto. Śmierć rodziców. Sierociniec. Dex. Lekcje wiary hetriońskiej. Powtarzanie nauk ataińskich. Praca w kopalni i własne mieszkanie. Kłótnie o łóżko na górze. Dex pomaga mu poderwać Eryię. Praca w kopalni. Sny o dniu inwazji. Dex odchodzi.
Jego serce spowolniło jak tamtego dnia. Nagle między nim, a czołgiem pojawiła się dziewczyna w zielono-białym pancerzu. Jej oczy. Patrzyły na niego ze strachem. Jak mógł je zobaczyć po mimo przesłony hełmu? Objeła go. Jej ciało popchnęło go w bok. Czas nagle przyspieszył, a on poczuł jak upadają na ziemię w zaułku obok. I ten przerażający dźwięk. Jakby pisk. Pisk, który przytłumił wszystkie inne dźwięki. Tak szybko jak się pojawił, tak i ucichł.
Merik wstał i rozglądnął się. Czołg leżał w płomieniach na drodze, którą zazwyczaj podążał do pracy. Jak to się stało. Czy ona go zniszczyła. Nie mógł przecież wybuchnąć sam z siebie. Czy na tym polegała potęga hakerów. 
Jego holotab zabrzęczał. “Praca na dziś odwołana - Natychmiast wrócić do mieszkania”. Notka od dyrekcji kopalni.
Chłopak spojrzał w miejsce gdzie upadł. Obok oparta o ścianę, siedziała fioletowłosa dziewczyna. Miała podniesioną przesłonę hełmu. Podszedł do niej.
- Dziękuję - stwierdził.
- Za co? - popatrzyła na niego pustym wzrokiem. Niemal takim samym jak te wirtualne hologramy.
- Uratowałaś mi życie i...
- Cśśśś!
Merik zauważył, że dziewczyna przeniosła wzrok na ścianę.
- Rozumiem! - powiedziała. - Nie martwcie się o mnie. Poszukam schronienia i przeczekam całe zamieszanie. Jak tylko będzie bezpiecznie, to wezwę transport. Koniec transmisji!
- Czy ty z kimś rozmawiałaś? Ale jak? Bez holotabu? - Merikowi przypomniała się jedna z nauk jego ojca. - Masz dek nerwowy? Jesteś hakerem?
- Śmiała teoria - odpowiedziała chłodno. - Argumenty?
- Co?
- Jakie masz argumenty?
Merik nie wierzył, że dziewczyna w tej sytuacji pyta go o argumenty.
- Mówisz w code, niszczysz czołgi i walczysz z milicją. Na koniec rozmawiasz bez użycia holotabu lub jakiegokolwiek interfejsu.
- Masz rację - wstała. - Nie idź za mną.
Zrobiła krok i zachwiała się. Jedną ręką złapała się za brzuch, a drugą oparła się o ścianę.
- Wszystko w porządku? - Merik spróbował jej dotknąć, ale fioletowłosa dziewczyna nagle, odskoczyła.
- Nie potrzebuję twojej pomocy! - na jej twarzy malowała się złość. - Nie potrzebuję niczyjej pomocy!
Zamknęła oczy i zemdlała. Chłopak złapał ją w ostatniej chwili. Zdjął jej hełm. Na jej twarzy malował się spokój. Oparł ją o ścianę i zdjął kurtkę. Założył ją na nią, mając nadzieję, że nikt nie zwróci na nią uwagi, gdy będzie ją przenosił. Teraz hełm. Był w dwóch częściach, jak go wyjmowała z płaszcza. Może da się rozłożyć. Oglądnął go. Miał anteny umiejscowione po bokach. Pięć zaczepów łączyło obie połowy hełmu. Twarz osłaniała przesłona z interfejsem holograficznym. Odłączył zaczepy. Hełm rozpdał się na dwie połówki, które schował do swojej torby roboczej.
Podniósł ją. Wydawała się niezwykle lekka. Była niższa od niego o głowę, ale ważyła mniej niż torba zakupów.
Droga do bloków mieszkalnych była niezwykle nerwowa. Wszędzie biegali strażacy i ratownicy. Kilkanaście budynków w centrum kolonii płonęło. Nigdzie nie było widać patroli milicji. Jedynie na niebie co jakiś czas pojawiały się czołgi. I wciąż słychać było syreny.
Uspokoił się, gdy tylko wszedł do swojego mieszkania. Założył blokadę na drzwi i zastawił je kluczem nanolicznym. Fioletowłosą położył na łóżku zwolnionym przez Dex’a.
Co teraz? Musiał sprawdzić dlaczego zemdlała. Pełknął ślinę. Zdjął ceramiczny napierśnik, który osłaniał jej klatkę piersiową. Osłony rękawic, buty, naramienniki, osłony ud z wyrzutniami rakietek. Wszystkie osłony pancerza miały zielony kolor, podczas, gdy mithrilowy kombinezon membranowy był białego koloru.
Nie miała żadnych zielonych plam. Westchnął z ulgą. To znaczyło, że nie miała żadnych ran. Chociaż jej krew nie musiała być koniecznie koloru zielonego, jak mieszkańców Navathe. Jeśli jednak nie miała ran, to dlaczego zemdlała? Może coś złamała. Musiał sprawdzić. Znowu przełknął ślinę. Powoli zaczął dotykać rąk i nóg. Żadnych złamań. Żebra, również w porządku. Żadnych guzów na głowie.
- Tato! - powiedziała przez sen. - Nie odchodź!
Zerwał się tak szybko, że czubkiem głowy walnął w ramę górnego łóżka. Przeklnął trzy razy i złapał się za głowę. Dziewczyna nawet nie obudziła się.
Usiadł przy stole. Włączył ekspres do kawy i włączył holotaba. Dwa kolejne powiadomienia z pracy. “Ogłoszenie stanu bezpieczeństwa na najbliższe dni. Zostać w domach i nie wychodzić na ulice w innych cealch niż zdobycie żywności. Zgromadzenia większe niż trzy będą rozpędzane”. Drugie informujące o terrorystach atakujących i zabijających cywili. Znowu kłamali. Ona nie zaatakowałaby zwykłych ludzi. Ona walczyła dla nich. To było jedyne wytłumaczenie. Była członkiem “Route Guard”. Obrońcą Kemock.
Ojciec opowiadał mu o zielono-białych żołnierzach walczących o ponowne zjednoczenie sektora pod władzą królestwa. O tym, że prowadzą tą walkę od sześciu dekad. I o ich znaku rozpoznawczym - pancerzu bojowym “Route Guard”.
Tyle, że fioletowłosa miała na sobie inny, lżejszy wzór, na pewno nowszy. No cóż, nawet oni muszą używać nowszego ekwipunku, aby wygrać.
Kawa była gotowa. Nie odrywając wzroku od holotaba, Merik sięgnął po swój kubek.
- Dla mnie bez mleka i cukru - dziewczyna usiadła na łóżku i popatrzyła na niego. Jej oczy były tego samego koloru co włosy.
- Do-dobrze - odpowiedział Merik. - Jestem Merik, ale wszyscy nazywają mnie Rik - podał jej swój kubek.
Dziewczyna zaczęła pić, a on przyciągnął sobie krzesło i usiadł na przeciw niej.
- Ty nie pijesz? - zapytała się.
- Mam tylko jeden kubek - odpowiedział.
Nastąpiła cisza, którą przerywało siorbanie. Fioletowłosa nie miała za grosz manier.
- Jak ci na imię? - zapytał się.
- Po co mam ci powiedzieć.
- Ja się przedstawiłem...
Dziewczyna oddała mu kubek. Był do połowy pełny.
- Masz. Ja już się napiłam - stwierdziła i rozejrzała się po pokoju. - To twoje mieszkanie?
- Tak - odpowiedział.
- Źle zrobiłeś, zabierając mnie tutaj - wzrok obojga znowu się spotkał. - Będą ciebie szukać. Te hologramy mają też kamery.
Wiedział, że one mają kamery. Nie był już dzieckiem!
- Chcę się przyłączyć! - przerwał jej. - Chcę się przyłączyć do “Route Guard”.
- Nie jestem z “Route Guard” - jej głos był chłodny. Merikowi wydało się, że jest to bardziej wyuczona formułka.
- Nie musisz kłamać - powiedział chłopak. - Też nienawidzę Imeshii! Znam code i umiem zreperować proste rzeczy. Przydam się!
Popatrzyła przez okno.
- Nie nadajesz się - spokojnie stwierdziła.
- Dlaczego?
- Boisz się.
- No i - upierał się. - Każdy się boi!
- Tak, strach jest ważny - ich oczy znowu się spotkały. - Pozwala nam przeżyć i walczyć następnego dnia. Twój strach był jednak tak wielki, że ciebie sparaliżował. Gdybym nie wskoczyła i ciebie złapała...
Przerwała i spuściła wzrok.
- Nie jesteś bohaterem. Twoje życie jest dobre i spokojne.
Wstała z łóżka i zaczęła ubierać swój pancerz.
- Gdzie mój hełm - zapytała.
Podał jej swoją torbę. Rozległ się dzwonek do drzwi. Dziewczyna natychmiast wyciągnęła pistolet, który ukrty był wcześniej gdzieś w pancerzu.
- Rik? - rozległ się głos Dex’a przez interkom. - Otwórz. Zapomniałem mojej kurtki.
Merik podszedł do drzwi.
- To tylko mój przyjaciel.
Fioletowłosa nie opuszczała broni.
- Connect wireless! - założyła hełm.
Merik zdjął klucz nanoliczny z drzwi. Dex mu pomoże. Jeszcze pewnie nawet nie zaczął szkolenia. Nawet po nim pewnie by go nie zdradził. Drzwi schowały się w ścianie.
- Na ziemię! - usłyszał krzyki milicjantów, którzy wparowali do jego małego mieszkania. Nie mieli na sobie pancerzy, ajedynie czarne mundury i kamizelki. Kopniak od jednego z nich odepchnął go od drzwi.
- Connection established! - powiedziała fioletowłosa.
Drzwi wróciły na swoje miejsce. Milicjant, który stał w przejściu, na zawsze zostawił nogę za drzwiami. Wchodzący za nim zaś obie ręce i karabin w pomieszczeniu.
Ten bez nogi upadł na ziemię i wystrzelił serię z karabinku. Dziewczyna momentalnie pojawiła się nad nim i strzeliła mu w głowę.
- Co się dzieje? - słowa ledwo opuściły jego usta.
- Dobrych masz przyjaciół - powiedziała. - Za drzwiami jest jeszcze czterech, w tym ten bez rąk. Przepaliłam procesory sterownicze w całym bloku. Zajmie ich to na pewien czas.
Przestrzeliła szybę w oknie.
- Co robisz!
- Już ci powiedziałam, przepaliłam procesory sterownicze w całym bloku. Żadne drzwi, czy okno się nie otworzą, a muszę stąd się wydostać. Jak daleko jesteśmy od dachu?
- Trzy piętra.
- Rik - podniosła przesłonę hełmu. - Jeśli tu zostaniesz, to zabiją cię. Mogę ci pomóc się wydostać z tego świata, ale później będziesz musiał poradzić sobie sam.
Merik podszedł do ciała milicjanta i podniósł jego broń. Myślała pewnie, że jest tym wszystkim przerażony. Był. Czuł też jednak coś innego. Mógł stąd uciec. Gdzieś, gdzie mógł być wolny. Nawet cała milicja Navathe Ir nie mogłaby go powstrzymać. Uśmiechnął się. Znalazł nadzieję.
- Chodźmy! - powiedział i wyskoczył na balkon ściskając karabinek milicji.
Fioletowłosa powoli wyszła przez okno. Z dołu dochodziły ich krzyki milicjantów. Paru z nich miało na sobie pancerze. Włączyli napędy i wystrzelili do góry. Dziewczyna objęła go. Poczuł szarpnięcie. Wznosili teraz w górę. Lądowanie na dachu było łagodne. Puściła go, gdy tylko dotknęli podłoża.
Na dachu znajdowało się kilkadziesiąt kominów i otworów wentylacyjnych. Można było tutaj wejść przez kilka klap, oczywiście bezużytecznych teraz, gdy fioletowłosa przepaliła procesory.
- Beacon on! - krzyknęła. - Schowaj się za kominami!
Zrobił jak kazała. Nie miał by szans w walce z pancerzami bojowymi. Ale czy ona miała? Naliczył, sześć, może siedem pancerzy, gdy znajdowali się w powietrzu.
- Seeking access gates - wydawała komendy w code. Najwyraźniej musiała porozumiewać się w tym języku ze swoim dekiem. - Select target 3. Send Lamassu.
Cztery sylwetki wystrzeliły w niebo. Milicjanci w swoich pancerzach zasypali dach pociskami ze swoich działek w miejscu gdzie stała dziewczyna, ale ta uskoczyła korzystając z napędu swojego pancerza za jeden z szybów wentylacyjnych. Jeden z milicjantów przeleciał nad głową Merika machając rękoma i zderzył się ze ścianą pobliskiego budynku.
Nie mógł tak siedzieć i patrzeć! Zanim zdążył wszystko przemyśleć, wyskoczył zza komina, za którym się chował.
Fioletowłosa przemykała między szybami i kominami. Jakiś milicjant pikował w dół. Trzech innych krążyło nad dachem i ostrzeliwało miejsca gdzie widzieli dziewczynę.
Merik wymierzył w stronę jednego z nich. To była prawdziwa walka. Mógł im w końcu oddać! Nacisnął spust i przytrzymał. Karabinek odepchnął go do tyłu. Lufa poleciała do góry. Powrócił przeraźliwy pisk, tym razem cichszy i nie tłumiący innych odgłosów. Jeden z milicjantów skierował swoje działka w stronę Merika, ale w tym momencie trafiła go mała rakietka, strącając go z nieba. Merik wstał, ale coś pociągnęło go do tyło za jeden z kominów.
- Chcesz się dać zabić! - usłyszał za sobą głos dziewczyny.
- Nie możesz walczyć sama.
- Mogę! - z łatwością wyrwała mu z rąk karabinek i wyrzuciła w górę.
Strzeliła w niego dwa razy. Rozbłysk z baterii plazmowej lekko go oślepił. Usłyszał dźwięk hełmu uderzającego o podłoże. Szybko zrozumiał co się stało. Oślepiła czujniki optyczne hełmów pancerzy trafieniem baterii w karabinku. Ściągnęła następnie swój hełm, aby być jedyną widzącą osobą na polu walki.
Po chwili wrócił mu wzrok. Rozejrzał się. W oddali stała fioletowłosa. Niebo było czyste. Ani jednego route guard’a milicji. Położyła rękę na włosach, które założyła za ucho. Wiejący na tej wysokości wiatr rozwiał z powrotem jej włosy.
Podniósł jej hełm i zaczął iść w jej stronę. Kolejny podmuch był silniejszy niż poprzedni i zmusił Merika do zamknięcia oczu. Powietrzny czołg wzniósł się nad dach i skierował swoje karabiny na fioletowłosą. Merik spojrzał na nią. Była przerażona. Miała ten sam wyraz twarzy co dziś rano. Rzucił hełm. Co ona robi. Powinna uskoczyć. Jej noga! Pancerz na niej był zgnieciony! Musiała oberwać podczas walki.
- Seeking access gate - jeszcze próbowała, ale działka czołgu już wirowały.
Ruszył jak opętany. Jakby coś pchnęło go do przodu. Szybciej! Musiał biec szybciej. Wszystko znowu zwolniło. Jednak nie czuł się tak jak parę godzin wcześniej. Nie było żadnego filmu z jego całego życia. Nie myślał o sobie. Jego życie było mniej ważne. Musiał jej pomóc. Twarz fioletowłosej powoli obracała się w stronę Merika. Ich wzrok spotkał się po raz kolejny tego dnia. W tych oczach, było coś, co sprawiało, że mógłby zapomnieć o całym świecie. Za te oczy mógłby zginąć.
Złapał ją mocno i z całych sił wskoczył za szyb wentylacyjny. Tuż za sobą niemal czuł pociski. Upadli na ziemię. Ostrzał wciąż trwał. Przytulił fioletowłosą najmocniej jak mógł.
- Już po wszystkim - stwierdziła. - Możesz puścić.
Nagle oprzytomniał. Puścił ją. Ostrzał ucichł. Może czołg odleciał. Może załoga pomyślała, że nie ma już nikogo żywego na dachu.
- Przepraszam.
Czołg zawisł nad nimi. To już koniec - pomyślał Merik.
- Już po wszystkim - przyznała rację jego myślom dziewczyna. - Kawaleria przybyła.
Czołg rozerwała na dwie połowy eksplozja zielonego ognia. Zza ich pleców zaatakował go silnie uzbrojony latający pojazd, który zawisł nad dachem. Miał zielono-białe barwy. Ze środka wyskoczyło czterech ludzi w zielono-białych route guard’ach.
- Kawaleria przybyła - Jeden z nich kucnął nad fioletowłosą dziewczyną - Wszystko w porządku Uny?
Miała na imię Uny. Fioletowłosa dziewczyna miała na imię Uny.
- Drobne obrażenia, Verl - uśmiechnęła się.
- Zbierajmy się - nagle jego wzrok utkwił na Meriku. - Kto to?
- Pomógł mi - odpowiedziała Uny. - Możemy go zabrać?
- Ty to wyjaśnisz staremu. Ja się nawet nie odezwę.
Uny skinęła głową. Jeden z route guardów złapał Merika i wyskoczył na kilka metrów w górę, wskakując do tylnego luku latającego pojazdu. Za nim wskoczył Verll trzymający Uny i dwóch kolejnych route guardów, trzymających ciała milicjantów w czarnych pancerzach.
- Rage! - odezwał się Verll. - Jazda! Jazda! Jazda!
Potężne szarpnięcie w dół o mało nie pozbawiło Merika równowagi. Coś mu mówiło, że już może nigdy nie zobaczyć Navathe Ir. Jego życie dopiero się zaczynało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz