W ósmym stuleciu istnienia Prowincja Farhunu, była już tylko cieniem swojej dawnej potęgi. Wraz z ostateczną utratą Kolonii Romany, nową siedzibą prokonsulów stała się Tyberiana. Miasto paradoksalnie w chwili największego zagrożenia przeżyło wtedy swój rozkwit. Niemal wszystkie wielkie rody budowały tutaj swoje siedziby. Miasto stało się celem karawan i posłów. Z małej koloni na zachodzie stało się centrum świata.
„Tyberiana” Krinuisza Młodszego, tom II
Potężna kolumna niczym wąż pełzła pomiędzy farmami Tyberium. Na jej przedzie jechał wraz ze swoją gwardią i trybunami Legat czerwonego legionu. Tak jak przekazywała tradycja jego rumak był biały. Markowi Aefidiuszowi nie zależało jednak na tradycji. Wolałby iść pieszo. Uważał pilnowanie dużego zwierzęcia by nie zboczyło z drogi, za zbyt męczące.
- Ile jeszcze Drakchusie? - zapytał się.
- Jakieś pół dnia, góra dzień – trybun Drakchus wydawał się wyglądać komicznie w swoim nowym hełmie.
- Gdzie Liwia? - Legat dopiero teraz zauważył, że westalka gdzieś zniknęła.
- Twoja konkubina śpi na wozie za drugą kohortą. Mówiła, że zmęczyła się jazdą na koniu.
- Nie tylko ona jest zmęczona – stwierdził Marek. - Konkubina?
- Tak mówią żołnierze.
- I co jeszcze mówią?
- Że jak będziemy w stolicy to powinieneś wykupić u Najwyższego Augura prawa do niej.
- Ona potrzebuje mnie do czerpania mocy. Jest westalką. Jeśli dostanie zadanie by wyruszyć w innym kierunku niż my? Co wtedy? Musi mieć możliwość uzupełnienia mocy. Konkubinat jedynie skomplikuje naszą sytuację.
- Kobiety – stwierdził Drakchus. - Gdyby tylko mężczyźni mogli panować nad magią...
- Tobyśmy zabili wszystkie westalki, aby nie mogły rzucić nam wyzwania.
Legat spojrzał przed siebie. Na horyzoncie zaznaczał się zarys miasta. Schodzili z wyżynnego terenu farm i omijali kolejne posterunki straży drogowej.
- Rufio! - Rufio pojawił się niczym cień. - Każ trybunom rozłożyć obóz na polach przed miastem. Zbierz moją gwardię. Ruszam do miasta. Aha! Obudź Liwię. Za nic by tego nie chciała opuścić.
- Chyba nie muszę tam z tobą wjeżdżać? - zapytał się Drakchus.
- Nie, dziś nie spotkasz się zresztą trybunów. Te atrakcje czekają na ciebie jutro. Jadę spotkać się z prokonsulem.
Gdy tylko dołączyła do niego Liwia, Marek Aefidiusz wraz z germańską gwardią zjechał na nizinne tereny, a później ku miastu. Przy bramie żołnierze kohorty miejskiej oddali honor i przepuścili jego drużynę. Minęli przy tym tłum kupców – krasnoludzkich i ludzkich, niezadowolonych z faktu, że muszą stać w środku upalnego lata przed murami, aż celnicy ich przepuszczą. Marek zauważył także obóz za miastem, zbudowany dla legionu, ale bez sztandarów jakiegokolwiek legionu prowincji.
Szybko przejechali małymi i zatłoczonymi ulicami miasta. Wszystkie były brukowane. Przejechali koło placu gdzie powstawała kolejna insula. Marek był w Tyberianie już trzeci raz w życiu. Dwa razy podczas ważnych głosowań i teraz wezwany przez prokonsula.
Przed pałacem jego gwardziści zatrzymali się i zsiedli z koni. On zaś wymienił kilka słów z gwardzistą konsularnym. Wszedł w asyście Liwii i ruszył przed siebie. Najpierw przez plac, później korytarz wejściowy, wszedł do wspólnej sali. Tam czekał już prokonsul Antoniusz Gajusz Harro.
- Ave cezar! - zaczął Legat. Westalka powtórzyła. - Jestem na twoje wezwanie.
- Usiądź Aefidiuszu – prokonsul wskazał krzesło. Marek usiadł, obok niego zaś usiadła Liwia. Prokonsul usiadł naprzeciwko niego zostawiając wolne krzesło obok siebie, naprzeciw westalki.
- Tyberiana rośnie w oczach – zaczął Marek.
- Mianowałeś Westuliusza na Legata? - przerwał mu prokonsul. - To prawo mam jedynie ja i forum.
- Musiałem działać. Wezwałeś mnie i mój legion. Musiałem zostawić doświadczonego dowódcę na miejscu. Zresztą zaraz po moim odejściu nastąpił powrót hordy i on świetnie sobie z tym poradził.
- Dzięki twojemu działaniu Westuliusze mają prawo veta w głosowaniach.
- Nie mogą go użyć dopóki Katon nie przyjedzie na głosowanie.
- Marku, prawo wojny to tylko zwyczaj – prokonsul zmienił ton. - Ty zaś wiesz, że błękitny legion był zawsze domeną mojego rodu.
- Nowe czasy przynoszą zmiany – stwierdził Marek. - Zresztą to co zrobiłem jest ci na rękę. Teraz w ramach zadośćuczynienia będę musiał zrobić to o co mnie poprosisz. To po co mnie tu wezwałeś – Liwia popatrzyła zdziwiona. - W momencie gdy dostałem list, wiedziałem że potrzebujesz mojej pomocy. Chciałeś mnie przekupić zapewne obietnicą triumfu lub innymi igrzyskami. Postanowiłem jednak wybrać sobie całkiem inną zapłatę. A więc co się dzieje.
- Czyli zgodziłeś się w ciemno – zaśmiał się prokonsul. - No dobrze. Wiesz coś może o Ivalonie?
- Królestwo na północy. Rządzą tam elfy. Coś słyszałem ostatnio o jakiejś wojnie w Ivalonie.
- Tak. Mają tam całkiem ładną i krwawą wojnę domową. Ostatnio zalała nas fala uchodźców stamtąd. I nie tylko.
- Nie tylko?
- Przybył ostatnio cały hufiec elfów z banerami królewskiego rodu, na czele z Królową Aldrahinną. Poprosili prowincję o pomoc.
- O pomoc? Mamy większe problemy. Damaluńczycy i Kalandowie to teraz nasze główne problemy.
- Aldrahinna obiecała tysiąc talentów za pomoc w wojnie.
- Tysiąc? Stać by nas było na zakupienie żywności i uzbrojenia na długie lata. Niemożliwe by elfy miały aż tyle złota.
- W skarbcu jest już czterysta. Przy zapłacie tych czterystu kazali nam złożyć przysięgę przed Marsem na placu forum. Ludowi nie spodobałoby się gdybyśmy się wycofali.
- No dobrze, ale co ja w tym wszystkim robię. Mogłeś posłać, zaufany sobie aksamitny legion. Tak musisz zaakceptować jednego z moich trybunów jako Legata. Chociaż mając tyle złota będziesz mógł powołać cztery kolejne legiony.
- Jesteś tutaj z dwóch powodów. Po pierwsze nie przegrałeś ani jednej bitwy. Jesteś symbolem. Nasi wrogowie drżą gdy słyszą, że będą walczyć z krwawym legatem. Tego zażądała królowa.
- A drugi?
- Chcą wyszkolić własny legion.
- Na Marsa! – Marek roześmiał się. Liwia milczała. - Elfy? W ciężkich zbrojach? Pieszo? Z ciężkimi tarczami? Walczące w szyku? Może lepiej od razu niech dadzą nam złoto, a my jako najemnicy będziemy strzec ich granic.
- Królowa mówi, że jest pod wrażeniem legendy męstwa i taktyki rzymskiej. Chce mieć własny legion i chce, abyś ty i twój legion wzięli udział w ich szkoleniu.
- Gdzie ona znajdzie dziesięć tysięcy elfów?
- Już znalazła. Ogołociła połowę targów niewolników w tej części Farchunu i zebrała większość uchodźców, którzy potrafią walczyć. Mieszkają w obozie za miastem.
- Elfy nie wyglądają jak muły Mariusza – stwierdził Legat. - I raczej nigdy nimi nie będą.
- Pomyśl o tym jak o kolejnym wielkim czynie, Marku. Kolejna legenda w eposie Krwawego Legata! Kolejna kampania ku chwale Rzymu!
- Będzie to raczej sprzątanie stajni Augiasza. Walczyłem kiedyś z elfami. Są mistrzami łuku i jeździectwa, nie miecza i tarczy. Rozbiliśmy dwa razy większe siły Damaluńczyków bawiące się w legiony.
- A tak! - Uśmiechnął się prokonsul. - Bitwa nad rzeką Augusta. Wspaniałe zwycięstwo.
- Raczej rzeź. Urządziliśmy tym elfom rzeź, ponieważ książę Tulkhandir chciał nas pokonać w otwartej walce.
Do pomieszczenia wszedł łysy niewolnik ze spiczastymi uszami. Bez wątpienia był półgoblinem. Ubrany był w czarną tunikę służby prokonsulskiej. Szepnął kilka słów do ucha swojego pana. Ten skinął głową do mieszańca. Półgoblin natychmiast wyszedł.
- W czymś przeszkadzam? - zapytał się legat.
- Nie – uśmiechnął się prokonsul. - Przybył nasz specjalny gość.
- Na Westę! - roześmiał się Marek. - To naprawdę się dzieje.
Prokonsul wstał. Marek i Liwia postąpili podobnie. Do pomieszczenia weszła elfia dama w młodym wieku w błękitnej bogato zdobionej sukni. Była zdobiona złotem i kamieniami szlachetnymi wszystkich kolorów, barw i odcieni jakie jest w stanie zobaczyć ludzkie oko. Miała długie proste białe włosy, które sięgały jej kolan. Tu i ówdzie ozdabiały je cienkie warkocze z podczepionymi kamieniami szlachetnymi. Całości dopełniał błękitny tatuaż na policzkach, oraz złote ozdoby czubków uszu. Tak wyglądała królowa Aldrahinna, władczyni Ivalonu. Towarzyszyło jej dwóch elfów, w skórzanych zbrojach i błękitnych tunikach. Obaj nie mieli mieczów w pochwach, co oznaczało, że byli jej ochroniarzami, jak również dowodziło surowości ochrony prokonsula.
Królowa usiadła koło prokonsula, naprzeciwko Liwii. Oni zaś stali przed nią, niczym słudzy, których onieśmielił własny pan.
- Oto Aldrahinna Młodsza, pani Ivalonu, Gwiazda północy, Strażniczka Wodospadu, Regentka Farhunu, włodarz Gartun – zaczął prokonsul, posiłkując się podanym przez swojego półgoblińskiego niewolnika zwojem. - Oto Marek Aefidiusz Scutus, Legat czerwonego Legionu, Trybun na forum, oraz Liwia z domu Dakaniusza, kapłanka Westy.
Usiedli. Królowa rozglądała się po pomieszczeniu.
- Puste – zaczęła z rozczarowaniem. - I małe. Rzymianie są fascynującym ludem. Nosicie się z taką wyniosłością i dumą, a jednak żyjecie w ubóstwie.
- Nasze zwyczaje i gusta są po prostu inne – odpowiedział prokonsul.
- Powiedz mi drogi Antoniuszu... - Marka zdziwiło, że prokonsul pozwala się jej tak nazywać. - Czy twój generał się zgodził.
- Nie jestem „jego” generałem – zaczął Marek. - Jestem legatem Rzymu.
- Czy wola prokonsula i Rzymu nie są tożsame? - złote oczy elfki zdawały się wywiercić dziurę w umyśle Marka. Gdyby nie przeżył czegoś podobnego w przeszłości, nie wiedziałby co się z nim dzieje. Tak jak uczyła go Liwia oczyścił umysł i ułożył zdanie, które powtarzał w myślach: NIC Z TEGO ELFIA DZIWKO. Ta nie dając po sobie poznać kontynuowała. - Nawet rzymski niewolnik ma więcej dumy niż elfi pan.
- Marek zgodził się już – przerwał prokonsul.
- Ile to będzie mnie kosztowało mój drogi Antoniuszu?
- Nie jestem najemnikiem do cholery! - Marek Aefidiusz wstał wściekły. - Jestem Legatem Legionu rzymskiego, wyświęconym przez Augura ku chwale Cezara i Marsa.
- Usiądź Marku! - krzyknął prokonsul. Legat usiadł wciąż powtarzając te same słowa w myślach. - Legat Aefidiusz zgodził się pomóc twojemu ludowi w szlachetnym celu odzyskania wolności, spod jarzma twojego brata tyrana. Zrobi to dla dobra ludu. Legacie, masz może jakieś pytania.
- Centurioni i Dekurioni – powiedział już spokojnie legat. - Sam ich wybiorę, tak jak i część prefektów, trybunów i dowódcę Legionu. Chcę mieć pewność, że to militarne wynaturzenie przetrwa choć jedną bitwę. Elfia szlachta ma dziwny zwyczaj porzucania wojska, gdy tylko strzała przeleci im koło ucha.
- Trybuni i Legat będą członkami szlachty – odpowiedziała królowa. - Ja będę dowodzić moim legionem osobiście.
- Wybacz „królowo”, ale czy kiedykolwiek dowodziłaś armią – stwierdził Marek.
- Nie.
- Walczyłaś chociaż w bitwie?
- Nie.
- Nie masz doświadczenia. Nie dasz sobie rady.
- Masz czas by to zmienić. Przynajmniej do końca zimy.
- To niemożliwe – odpowiedział legat. - Co jeśli na jesieni Damaluńczycy i Kalandowie najadą na wschodnie diecezje?
- Król Damalunu podpisał pokój z prowincją tydzień temu – odpowiedział prokonsul. - Kalandowie zaś mają dość problemów z brunatną plagą. Naszym jedynym zagrożeniem mogła być horda, ale dzięki tobie, mamy pierwsze od sześćdziesięciu lat lato bez żadnej wojny.
- Damalun wycofał się z „Marszu”? Jak to możliwe?
- To była moja zasługa – odpowiedziała królowa. W kąciku ust pojawił się uśmiech. - W końcu to część mojego ludu. Damaluńczycy to potomkowie elfów z Ivalonu, których wasi przodkowie uprowadzili.
Legat Aefidiusz wstał. Wiedział, że musi zaakceptować warunki królowej, ale zamierzał pomóc prowincji, jak tylko się dało.
- Mam ostatnią prośbę, skoro „królowa” chce dowodzić.
- Tak legacie – odpowiedział prokonsul.
- Północne Limes. Po przeszkoleniu, legion królowej i mój przemaszerują tamtędy w drodze do Ivalonu – mina królowej zmieniła się i pokazywała zdziwienie. Mina prokonsula pokazywała zaś rozbawienie. - Doskonały sprawdzian dla jej armii, a dla naszej szansa na odbicie zbuntowanych granic.
- Dobrze - odezwała się elfka. - W zamian ty, krwawy legat, "postrach elfów" nauczysz mnie strategii i dowodzenia.
- Skoro mam cię uczyć – zaczął. - Zajrzyj do Archiwum i przejrzyj „Traktaty” Garrona, oraz „Reformy Wojskowe” Pauliniusza Plaucha. Jutro, o poranku w obozie twojego legionu, „królowo”.
Zbliżała się noc, ale legioniści wciąż pracowali. Kopali rowy i stawiali namioty. Marek siedział przy stole na wolnym powietrzu i przeglądał papiery. Centurioni skończyli już raportować stan centurii, a prefekci kohort. Kwatermistrz Fadiusz siedział obok niego i kończył sprawozdanie na temat zakupów prowiantu dla legionu. Do stołu przysiadł się Drakchus i zatopił zęby w jabłku, które Marek zostawił sobie na później, a na które patrzył gdy tylko zdarzały się nudne momenty w raportach jego podwładnych.
- Co? - zapytał trybun. - Jestem głodny. Ten debil Gajusz sprowadził tutaj kilkunastu chłopaków z ulicy, twierdząc że zaciągnęli się z własnej woli. Jeden miał tak spiczaste uszy, że aż mógłby na nie nadziewać cebulę.
- Coś jeszcze? - zapytał się legat. - Łeb mi pęka.
- Powiedziałem reszcie trybunów by puścili część żołnierzy na przepustki. Oczywiście nie wszystkich. Nie chcemy mieć w końcu do czynienia z kohortą miejską.
- Też ich nienawidzę.
- Właśnie – Drakchus mówił, jednocześnie żując jabłko. Umiejętność wykonywania tych dwóch czynności naraz zawsze zadziwiała Legata. - Śmieszne plotki chodzą o tym obozie za miastem. Ponoć wypełniają go po brzegi elfi legioniści. Czego to ludzie nie wymyślą.
- Tak się składa, że to nie plotka – Drakchus naraz powiedział „zaraz!”;”żeco!”;”co!”. - I pomożesz mi ich wyszkolić.
- To po to przybyliśmy do Tyberiany?
- Zgadza się. Na wiosnę zaś ją opuścimy. Poślesz jutro kohortę, po drewno na domy. Nie chcę, aby moi legioniści w zimie siedzieli w namiotach. I weź kilku centurionów i dekurionów. Szczególnie znających się na musztrze. Będziemy mieli pół roku aby wyszkolić dziesięć tysięcy elfich legionistów.
- To gorsze niż uczyć kobiety walczyć.
- Racja – uśmiechnął się Marek wstając od stołu. - Gdzie na Plutona podział się Rufio? - Marek powiedział do siebie, gdy wchodził do swojego namiotu. Oczekiwał się tam zastać Liwię.
Tymczasem na jego krześle siedział ubrany w zakrwawioną zbroję człowiek, o czarnych włosach i bladej skórze. Studiował namiętnie jego mapy i raporty.
- Mogę wiedzieć co robisz? - zapytał się Legat zabierając mu sprzed nosa swoje papiery. - Tak w ogóle po co to robisz?
- No wiesz trochę mnie tu ostatnio nie było – zaczął z ironią mężczyzna. - No wiesz to całe „skakanie” między realiami. Długo by tłumaczyć. Musiałbyś chyba poświęcić całe swoje życie na zagłębienie tego, a i tak nie wiem czy byś złapał.
- Pochwalasz to?
- Skakanie? Muszę być na bieżąco. Zauważ, że to miejsce jest nudne.
- Nie obchodzi mnie co robisz ze swoim wolnym czasem. Chodzi mi o ten cały elfi legion.
- Czemu nie – mężczyzna popatrzył zadumany na ścianę namiotu. - Len?
- Nie len – Marek usiadł na swoim łóżku. - Przecież utworzenie go to sprzeniewierzenie się twoim zasadom.
- Moje zasady? - roześmiał się mężczyzna. - Ja pokazałem się raz twoim przodkom i pomogłem im obsiać pole pszenicą. To było w innym miejscu i czasie. Chwilę później poznałem ciebie i odkryłem, że zostałem bogiem wojny. Jak każdy szanujący się bóg rozlewu krwi uważam, że wszystko jest w porządku dopóki moi wyznawcy trzymają miecz.
- Królowa elfów coś knuje. 1000 talentów złota...
- Sporo, dość aby spokojnie się zestarzeć – mężczyzna zaczął bawić się samorodkiem złota. - Trzeba przyznać, że jest niezła. Ciekawe jaka jest w łóżku? Choć ty pewnie nie narzekasz. Śpisz z westalką. Liwa ma kształty supermodelki, bez tych uciążliwych nawyków bulimicznych.
Legat przyzwyczaił się już do dziwnych wyrazów używanych przez Marsa, boga wojny i wiedział, że nie należy odpowiadać. Tak samo przyzwyczaił się już do dziwacznych stwierdzeń. Marek pomyślał, że Mars świetnie dogadałby się z Drakchusem.
- Tak czy owak, będę potrzebował twojej pomocy.
- Świetnie, ale ja będę potrzebował twojej najpierw. A poza tym nie dogadałbym się z twoim nowym Trybunem. Jego mózg ma konzystencję papki. Za dużo wina, za mało książek. Chyba kilka ciosów w głowę jak był mały, miało coś z tym wspólnego. Wracając do twojej pomocy. Chcę, abyś tego posłuchał. Na pewno lepsze niż te bazgrolenie trybuna, znaczy się Legata Westuliusza.
- Znowu poezja? Miejmy to już za sobą – Marek podrapał się po głowie. W ręce Marsa pojawiła się czaszka.
- To jest naprawdę dobre – bóg wojny był podekscytowany. - Oprócz ciebie pokazałem to jeszcze komuś. Nazywał się jakoś na „eSZ”Może na „Czy”. Hmm, powinienem sobie sprawić jeden z tych automatycznych notesów...
- Słucham! - przerwał mu zdenerwowany Marek. Dawno już minęły czasy gdy bał się swojego boga. Teraz go tylko irytował.
- Dobra, dobra. Czasem zachowujesz się jak baba...
- Marsie!
- A więc:
- "Patrz ile wdzięki mieści to oblicze:
- Czoło Jowisza Hiperiona włosy;
- Wzrok Marsa, groźny i rozkazujący;
- Postawa godna Merkurego (...)
- Patrz tera owdzie, to twój mąż dzisiejszy;
- Jak zaśnieżały kłos, zarażający
- Zdrowego brata. Maszli, pani, oczy,
- Żeś mogła rzucić górne pastwisko
- Dla paszy na tym bagnie?"
Legat słuchał poematu Marsa i powoli osunął się w senne zakamarki. Zbudził się w środku nocy. Obok niego leżała Liwia i spokojnie oddychała przez sen. Przytulił się do niej i zasnął.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz