Marek leżał zwinięty w kłębek. Nie mógł spać. Nigdy nie spał. Za ścianą ojciec robił kolejną burdę. Znowu.
- Gdzie schowałaś wódkę!
Zwinął się jeszcze bardziej. Ojciec uderzył matkę. Ta upadła na podłogę i zaczęła szlochać. Marek płakał razem z nią, ale zbyt się bał by wstać. By wyjść z pokoju. Jeszcze miał siniaki po ostatnim razie.
- Widzisz co zrobiłaś! Ty suko jedna!
Trzasnęły drzwi. Matka dalej płakała. Wstał z łóżka i otworzył drzwi. Matka siedziała skulona na podłodze w kuchni. Jej długie czarne i zmierzwione włosy zakrywały całą twarz. Marek usiadł obok niej i przytulił się do niej.
- Mamo, ja już nie mogę.
- To ostatni raz synku, obiecuję.
Poszli razem do jego sypialni. Wtulił się w matczyne ramiona i zasnął. Śnił mu się kolorowy zachód słońca.
Rano obudził go zapach jajecznicy. Wyskoczył z łóżka i wpadł do kuchni. Matka siedziała przy stole i spoglądała przez okno. Ojciec krzątał się przy kuchence.
- To był ostatni raz. Obiecuję.
Marek usiadł przy stole, wciąż trawiąc słowa wypowiedziane przez ojca. Ten zaś wyłożył mu na talerz śniadanie. Zjedli w ciszy, jak zawsze. Następnie umył się i ubrał. Spakował plecak i wyszedł z domu.
Szedł między blokami, gdy nagle zza żywopłotu wyszło kilku starszych chłopaków.
- Kasę!
Stara jak świat mantra uczyniła z niego ofiarę. Oddał pieniądze, które miał w kieszeni. Na koniec chłopak w czerwonej koszulce przyparł go do muru.
- Nikomu ani słowa, bo inaczej cię znajdę i pogadamy.
- Obiecuję.
- To do jutra młody!
Jak szybko się pojawili tak zniknęli.
W szkole zauważył, że brakuje jego worka z kapciami. Próbował więc pójść na lekcję w butach. Szybko złapała go sprzątaczka.
- Gdzie w tych buciorach.
Zmusiła go do zdjęcia butów. Wszystkie dzieci wokół niego śmiały się, gdy wchodził po schodach w dziurawych skarpetkach.
Wtedy zauważył w koszu na śmieci worek ze swoimi kapciami. Poczekał na dzwonek i wyjął swoją własność z pojemnika na odpadki.
- Jazda na lekcję!
Zauważył go nauczyciel.
- Jeszcze raz cię zobaczę na korytarzu, to dostaniesz karę. Obiecuję ci to!
Wszedł do klasy. Wszystkie dzieci miały na twarzach te same uśmieszki. On zaś chciał się schować.
- Marek! Nareszcie! Myślałam, że chociaż na zegarku się znasz!
- To się nie powtórzy proszę pani. Obiecuję!
- Tacy jak ty nie jedno już obiecali.
Usiadł w pierwszej ławce z przodu. Był sam w pierwszym rzędzie ławek. Zawsze był sam. Nauczycielka rozprawiała o lekturze. Kolejnej, której nie mógł kupić lub wypożyczyć. Reszta dzieci odpowiadała słowami, których Marek nie znał. Co to znaczyło „egzaltacja”. To chyba nie słowo o znaczeniu na „k”, czy na „p”.
- Co ty myślisz o książce, Marku?
- Ja?
Siedział przez chwilę. Kłamać? To była najlepsza odpowiedź.
- Była egzaltacko spoko!
- Spoko? Przeczytaj w końcu jakąś książkę, Marku.
Klasa wybuchnęła śmiechem. Gdzieś ktoś chrząknął „brudas!”. Marek zaś oberwał kulką z papieru. To samo było na matematyce. Umiał liczyć i to dobrze, ale oni wszyscy liczyli lepiej i szybciej niż on. Wszystkie zadania z książek mieli dawno rozwiązane. On zaś widział je pierwszy raz. Przecież uczyli się razem. Kiedy oni wszyscy stali się mądrzejsi od niego? Może zawsze tacy byli?
- Marku. Może ci pomóc?
Zapytała się matematyczka. Słyszał szepty w klasie. Rozwiązywał zadanie o kilka minut za długo. Na szczęście uratował go dzwonek.
Później nastąpiła kompromitacja na angielskim, geografii, biologii i chemii. Już szykował się do wyjścia, gdy złapał go na korytarzu pedagog szkolny. Patrzył jak jego klasa podąża do szatni. Widział uśmieszki na twarzach swoich kolegów. Zamierzali wykręcić kolejny numer „brudasowi”. Pedagog zabrał go do swojego gabinetu.
- Zauważyłem siniaki na twojej szyi. Wszystko w porządku?
- A nie powie pan nikomu?
- Obiecuję.
Marek opowiedział o ojcu. Wiedział, że nie można z nikim o takich sprawach rozmawiać, ale coś kazało mu to wszystko opowiedzieć. W końcu nikt nigdy nie zapytał go „czy wszystko w porządku”. Opowiedział też o kolegach z klasy i o tym jak jest traktowany. Zaczął płakać. Gdy już skończył, usiadł. Pedagog podał mu chusteczkę.
Gdy dotarł do szatni, jego buty były już w koszu. Wyjął je i odkleił gumę. Zaczął rozglądać się za kurtką. Ta leżała podeptana przed wejściem do szkoły.
Gdy dotarł do domu, ojciec siedział już pijany. Od progu zmierzył go spojrzeniem i uderzył tak mocno, że Marek się popłakał.
- Myślisz, że pieniądze leżą na ulicy! Obiecałeś, że będziesz dbał o swoje rzeczy.
Kopnął go w brzuch. Raz. Drugi. Nagle odezwał się dzwonek. Potem pukanie i krzyki. Do domu wpadli policjanci. Zaraz po nich pojawiła się matka.
- Co tu się dzieje!
- Mieliśmy zgłoszenie ze szkoły!
Matka spojrzała na skutego i pijanego ojca. Później na Marka.
- Obiecałeś, że nikomu nie powiesz!
Rozpłakała się i upadła na kolana.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz