środa, 19 lutego 2014

Karczma

Drużyna siedziała przemoknięta. Zbroje do wyrzucenia. Podarte ubrania. Zardzewiała broń. Ostatnie pieniądze wydane na alkohol i dormitorium.
            - Tym razem poszło lepiej niż zwykle – zaczął Roland. Eldiriad i Gorder byli blisko zakopania go żywcem. – Wyszliśmy względnie cało z tej całej bitwy z chanem potworów.
            - Myślicie, że sir Goderic da sobie z nim radę? – zapytał się Eldiriad.
            - Na pewno! – odpowiedział Gorder. – Ta naga laska z jeziora dała mu magiczny miecz, strzelający lodem.
            - Miała czym oddychać – rozmarzył się Roland.
            - Tak, ale chyba niepotrzebnie uciekliśmy, gdy chanowi wyrosło dziesięć macek i zaczął rzucać sir Goderickiem po całym lesie – stwierdził elf.
            Zapadła niezręczna cisza. Przerwało ją pojawienie się w karczmie przybysza, za którym rozświetliła noc błyskawica.
            - Tylko nie to – powiedział zrozpaczony Roland.
            - Nie, nie, nie i jeszcze raz nie – dodał Gorder. – Nie ma k... mowy
            - O fajnie! – stwierdził Eldiriad. – Kroi się coś...
            Przybysz wskoczył na stół.
            - Moja wioska potrzebuje pomocy! – krzyknął.
            - Znowu epicka przygoda – westchnął cicho zrezygnowany krasnolud.
            - Jak zawsze, uratujemy świat, mało co nie zginiemy, a po wszystkim ten chłystek będzie bohaterem i wypnie się na nas – skomentował sytuację Roland.
            - Dajcie spokój nie będzie tak źle – optymistycznie odezwał się elf.
            - 9 razy się już tak zdarzyło – stwierdził Gorder.
            - Pamiętacie tego farmera co został królem, po tym jak wyrżnęliśmy z nim całe podziemia w jednym królestwie? – zaczął znowu Roland. – Nadal mam ślad po psach, gdy kazał nas pogonić przed ucztą zwycięstwa...
            - Kto pomoże mej wiosce! – krzyknął przybysz, który w trakcie rozmowy bohaterów dał epicką przemowę.
            - Tuta... – Roland zdążył zasłonić dłonią usta elfa i przytrzymał go przed wstaniem.
            - Nie patrz na nas – modlił się Gorder.
            Oczy przybysza zaczęły rozglądać się po sali. Zauważyły Paladynów Płaczącego Świtu, Mnichów z dalekiego wschodu, oddział elfich srebrnych strzał, krasnoludzkich zabójców smoczych demonicznych książąt, piratów szkarłatnej bandery, najemników złotej lancy, strażników z Gam-Herdar, wikingów z klanu niedźwiedzia i spoczął w końcu na drużynie naszych obdartych i przemokniętych bohaterów (ale przypadek!).
            -Witajcie mości panowie! – przywitał się. – Czy pomożecie mi w obronie mojego domu?.
            - Ależ ocz... – Eldiriad nie dokończył zdania, bo Gorder rzucił w niego ławą, pozbawiając go przytomności.
            - Ja... – przybysz poczuł się nieco speszony, a gdy jego spojrzenie i spojrzenia reszty drużyny się z nim spotkały, poczuł się nieswojo. – To ja już pójdę...
            Gorder i Roland odetchnęli z ulgą.
            - Dobra, mamy spokój – odezwał się Gorder
            - A co z elfem? – zapytał się Roland. – Nie zostawimy go tutaj?
            - Nie, musimy go w końcu czegoś nauczyć. Przywiążmy go do drzewa i posmarujmy miodem. Niedźwiedzie trochę go pomęczą, hehe.
            - Pamiętasz ślub z orczycą? Też go nic nie nauczyło.
            - Ale jest przynajmniej zabawnie.
            - Nieważne. Musimy zawieźć statuetkę do stolicy.
            - To bułka z masłem. W końcu to tylko jakiś starożytny posążek...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz