Drużyna siedziała przemoknięta. Zbroje do wyrzucenia. Podarte ubrania. Zardzewiała broń. Ostatnie pieniądze wydane na alkohol i dormitorium.
- Tym razem poszło lepiej niż zwykle – zaczął Roland. Eldiriad i Gorder byli blisko zakopania go żywcem. – Wyszliśmy względnie cało z tej całej bitwy z chanem potworów.
- Myślicie, że sir Goderic da sobie z nim radę? – zapytał się Eldiriad.
- Na pewno! – odpowiedział Gorder. – Ta naga laska z jeziora dała mu magiczny miecz, strzelający lodem.
- Miała czym oddychać – rozmarzył się Roland.
- Tak, ale chyba niepotrzebnie uciekliśmy, gdy chanowi wyrosło dziesięć macek i zaczął rzucać sir Goderickiem po całym lesie – stwierdził elf.
Zapadła niezręczna cisza. Przerwało ją pojawienie się w karczmie przybysza, za którym rozświetliła noc błyskawica.
- Tylko nie to – powiedział zrozpaczony Roland.
- Nie, nie, nie i jeszcze raz nie – dodał Gorder. – Nie ma k... mowy
- O fajnie! – stwierdził Eldiriad. – Kroi się coś...
Przybysz wskoczył na stół.
- Moja wioska potrzebuje pomocy! – krzyknął.
- Znowu epicka przygoda – westchnął cicho zrezygnowany krasnolud.
- Jak zawsze, uratujemy świat, mało co nie zginiemy, a po wszystkim ten chłystek będzie bohaterem i wypnie się na nas – skomentował sytuację Roland.
- Dajcie spokój nie będzie tak źle – optymistycznie odezwał się elf.
- 9 razy się już tak zdarzyło – stwierdził Gorder.
- Pamiętacie tego farmera co został królem, po tym jak wyrżnęliśmy z nim całe podziemia w jednym królestwie? – zaczął znowu Roland. – Nadal mam ślad po psach, gdy kazał nas pogonić przed ucztą zwycięstwa...
- Kto pomoże mej wiosce! – krzyknął przybysz, który w trakcie rozmowy bohaterów dał epicką przemowę.
- Tuta... – Roland zdążył zasłonić dłonią usta elfa i przytrzymał go przed wstaniem.
- Nie patrz na nas – modlił się Gorder.
Oczy przybysza zaczęły rozglądać się po sali. Zauważyły Paladynów Płaczącego Świtu, Mnichów z dalekiego wschodu, oddział elfich srebrnych strzał, krasnoludzkich zabójców smoczych demonicznych książąt, piratów szkarłatnej bandery, najemników złotej lancy, strażników z Gam-Herdar, wikingów z klanu niedźwiedzia i spoczął w końcu na drużynie naszych obdartych i przemokniętych bohaterów (ale przypadek!).
-Witajcie mości panowie! – przywitał się. – Czy pomożecie mi w obronie mojego domu?.
- Ależ ocz... – Eldiriad nie dokończył zdania, bo Gorder rzucił w niego ławą, pozbawiając go przytomności.
- Ja... – przybysz poczuł się nieco speszony, a gdy jego spojrzenie i spojrzenia reszty drużyny się z nim spotkały, poczuł się nieswojo. – To ja już pójdę...
Gorder i Roland odetchnęli z ulgą.
- Dobra, mamy spokój – odezwał się Gorder
- A co z elfem? – zapytał się Roland. – Nie zostawimy go tutaj?
- Nie, musimy go w końcu czegoś nauczyć. Przywiążmy go do drzewa i posmarujmy miodem. Niedźwiedzie trochę go pomęczą, hehe.
- Pamiętasz ślub z orczycą? Też go nic nie nauczyło.
- Ale jest przynajmniej zabawnie.
- Nieważne. Musimy zawieźć statuetkę do stolicy.
- To bułka z masłem. W końcu to tylko jakiś starożytny posążek...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz